piątek, 22 grudnia 2023

D. Charpin, Sztuka czytania i pisania w Babilonie

Kiedy mówimy o początkach cywilizacji europejskiej, zazwyczaj mamy na myśli świat grecko-rzymski, zapominamy natomiast o Mezopotamii. Niesłusznie, bowiem to tam, jak głosi polski tytuł wydanej przed kilkoma dekadami książki S.N. Kramera, narodziła się historia. W bon mocie tym tkwi spora doza prawdy, gdyż to właśnie w Międzyrzeczu dokonano wynalazku, bez którego ani historia, ani nasza cywilizacja nie mogłyby powstać. Pomiędzy Tygrysem a Eufratem wynaleziono pismo.
 
Same początki pisma są dość niejasne i obecnie nie jesteśmy w stanie nic na ich temat powiedzieć. Według dzisiejszego stanu wiedzy pojawiło się ono dość nagle jako już ukształtowany system ok. 3200 r. p.n.e.
 
Dominique Charpin, francuski asyriolog, bardzo potoczycie opowiada o różnych aspektach kultury i organizacji społecznej Babilonu, przy czym kultura pisma cały czas pozostaje w centrum jego zainteresowania.
 
Charpin rozpoczyna swój wywód od przedstawienia procesu odczytywania tabliczek klinowych. Warto zwrócić uwagę, że jest to doświadczenie zupełnie odmienne od znanego nam czytania pisma łacińskiego. Przede wszystkim zapis klinowy na tabliczce glinianej jest trójwymiarowy i należy odczytywać go w odpowiednim oświetleniu, ze źródłem światła umieszczonym z lewej strony, „ponieważ dopiero gra światła i cienia wydobywa profil znaków”. A to dopiero początek tej przygody.
 
Autor dowodzi, że praktyczna znajomość pisma klinowego była stosunkowo szeroko rozpowszechniona, co może być dla nas pewnym zaskoczeniem. Omawia naukę czytania i pisania, zbiory tabliczek (archiwa i biblioteki), korespondencję, a także funkcje pisma. Warto zaznaczyć, że piśmienność Asyrii i Babilonu miała charakter w znacznym stopniu pragmatyczny, zasadniczo więc czytanie dla przyjemności nie było praktykowane. Niemniej w Mezopotamii istniała także swego rodzaju „literatura piękna”, taka jak mity i eposy, stanowi ona jednak jedynie niewielki odsetek odnajdywanych tabliczek.
 
Teksty inne niż dokumenty archiwalne (listy, teksty administracyjne i prawne) stanowiła około 4/5 tekstów odnalezionych w bibliotece Asurbanipala w Niniwie. Była to przede wszystkim literatura z zakresu wiedzy religijnej oraz wróżbiarstwa, przeznaczona dla egzorcystów, wróżbiarzy i innych lekarzy z otoczenia królewskiego. Zadaniem tego zbioru było zapewnienie im narzędzi do wypełniania ich obowiązków polegających na niedopuszczeniu, aby jakiekolwiek nieszczęście spotkało osobę władcy. Był to więc także księgozbiór roboczy. Jak dodaje Charpin, „należy zresztą podkreślić, że nawet teksty, które uważamy za ‘dzieła literackie’, miały czasami cel praktyczny”.
 
Niestety polski czytelnik ma do dyspozycji bardzo niewielki wybór literatury dotyczącej dziejów Międzyrzecza, głównie starszej. Tym większe zainteresowanie zatem wzbudziła publikacji książki Dominique’a Charpina, napisanej w sposób bardzo przystępny i zrozumiały także dla osób nie będących specjalistami. Jeśli nadal szukacie prezentu gwiazdkowego, to bardzo polecam to opracowanie.
 
D. Charpin, Sztuka czytania i pisania w Babilonie, tłum. O. Drewnowska, M. Kapełuś, Warszawa 2023

wtorek, 5 grudnia 2023

Humanistyka vs. nauki ścisłe

Jak przedstawiciele nauk ścisłych postrzegają humanistów? Ano właśnie tak. To nie system, w którym polonista czy historyk muszą konkurować o grant z matematykiem czy fizykiem jest zły, źli są roszczeniowi humaniści. Zły nie jest system zaprojektowany przez ścisłowców i dla ścisłowców, w który siłą upycha się także nauki humanistyczne; źli są negujący taką konkurencyjność humaniści. To przykre, że prof. Nowotnemu takie głupstwa przeszły przez usta, ale ta wypowiedź pokazuje, jak wielkie jest pęknięcie pomiędzy humanistyką a naukami ścisłymi i jak bardzo ścisłowcy nie rozumieją humanistyki, ale także systemu nauki, który został zaprojektowany głównie dla nich. Jak mówi porzekadło, syty głodnego nie zrozumie.

W wywiadzie tym zresztą jest więcej nieścisłości i braku logiki. Prof. Nowotny mówi m.in.: „Formułowanie kolejnych apeli o zwiększenie finansowania nauki będzie uczciwe i będzie miało sens tylko wtedy, gdy jednocześnie środowisko poda konkretne, odważne pomysły i plany, co zmienić, by jakość uprawianej w kraju nauki się poprawiła”. Ale w innym miejscu podaje przykład Hiszpana, "który badał egzotyczne organizmy, żyjące w słonych mokradłach na południu Hiszpanii" i dzięki temu "odkrył powtarzające się sekwencje w DNA, które okazały się tzw. CRISPR-em [skrót od Clustered Regularly Interspaced Short Palindromic Repeats]. Jest to system obrony bakterii przed obcym, np. wirusowym, DNA. Ów CRISPR to absolutny przełom w biotechnologii. Umożliwia bowiem „naprawianie” genów powodujących choroby. A zatem niszowe badania podstawowe, inicjowane ciekawością badawczą, zaowocowały nieprawdopodobnym postępem w pracach czysto aplikacyjnych o ogromnym znaczeniu dla współczesnej medycyny". Według logiki Nowotnego tenże Hiszpan, żeby dostać pieniądze na owe niszowe badania, powinien był najpierw przedstawić konkretne pomysły, co zamierza odkryć. Tak, ja rozumiem, że pieniędzy nie powinno się wydawać bez sensu i że w każdym systemie są dziury, przez które fundusze wyciekają. Ale po pierwsze, kiedy humaniści krytykują obecny system i próbują proponować zmiany, to się im odpowiada, że "negują konkurencyjność", a po drugie brakuje mi tu zrozumienia, że nauka rozwija się w sposób probabilistyczny, zaś odkryć nie można zadekretować decyzją administracyjną. Mało tego, w dobrze zaprojektowanym systemie funkcjonowania nauki powinny być przewidziane także środki na finansowanie takich badań, o których z góry wiadomo, że to ślepa uliczka. Bo tak działa nauka, jak w przypadku owego Hiszpana, a nie tak, jak się wydaje Nowotnemu, że wszystko da się zalgorytmizować. Nauka nie rozwija się według konkretnie ustalonych planów i nie polega na odhaczaniu kolejnych punktów na checkliście. To jest lekcja, której ścisłowcy, jak widać, nadal nie odrobili.
 

środa, 29 listopada 2023

Recenzenci

 

10 dni temu chwaliłem się pozytywnymi recenzjami, które otrzymał mój artykuł. Dla równowagi tym razem recenzja negatywna, a dzielę się nią, bo to jedna z najbardziej niemądrych recenzji, jakie kiedykolwiek mi napisano.

Rzecz dotyczy referatu wygłoszonego na konferencji i zgłoszonego do publikacji w książce pokonferencyjnej. Tymczasem na wstępie Recenzent zarzuca mi, że referat konferencyjny zbytnio przypomina referat, tylko opatrzony przypisami. Bardzo chciałbym się dowiedzieć w takim razie, co powinien przypominać referat, skoro broń Boże nie powinien to być referat?
 
Najśmieszniejszy jest zarzut drugi. Otóż Recenzent, który sam z angielszczyzną jest na bakier, po przejrzeniu mojego tekstu (napisanego po angielsku) zarzuca mi popełnianie błędów językowych i posługiwanie się kalkami z polskiego. Tymczasem „old print” jest kanonicznym określeniem starego druku, wystarczy zajrzeć do dowolnego słownika lub dowolnej anglojęzycznej publikacji o drukach XVI-XVIII w. Nie wiem, w jakiej to literaturze przedmiotu recenzent tego określenia nie znajduje, osobiście jednak mogę służyć od ręki dziesiątkami przykładów. Istnieją nawet opracowania, w tym katalogi zbiorów specjalnych, które frazę „old print” mają w tytule. Stwierdzenie: ‘„Print” to technologia albo odbitka graficzna, a nie odpowiednik polskiego starego druku’ jest nonsensem i pokazuje jedynie skalę niezrozumienia przez Recenzenta ocenianego tekstu.
 
„Movement” z kolei to określenie odnoszące się do różnych zjawisk społecznych. Wbrew przekonaniu Recenzenta frazę „publishing movement” bardzo często spotyka się w literaturze przedmiotu w kontekście np. publikowania Open Access czy też w odniesieniu do wydawnictw podziemnych (np. w okresie PRL). Także i tu przykładów jest na pęczki, ale podam tylko jeden, z witryny jednego z najbardziej prestiżowych czasopism na świecie, czyli „Nature”: https://www.nature.com/articles/d41586-023-03342-6 Także w tym przypadku nie może być mowy o kalce z języka polskiego. Warto sprawdzić, zanim w recenzji napisze się głupstwo. Mam nadzieję, że pomogłem na przyszłość.
 
No i wreszcie zarzut trzeci, należący do kategorii moich ulubionych, często wyciągany także przez anonimowych komentatorów w Internecie. Oto Recenzent zabiera się za lekturę tekstu, którego przedmiot wykracza poza jego własną specjalizację. Jednak zamiast powiedzieć: „OK, nie bardzo się na tym znam”, co by przecież w żaden sposób nie uwłaczało jego godności, zaczyna wytaczać ciężkie działa celem wykazania, że to autor tekstu, który spędził całe lata – kilka, czasem może nawet kilkanaście – na badaniach tej właśnie problematyki, nie ma pojęcia, o czym pisze. Stąd to biorą się te „przypadkowo dobrane publikacje”, zarzuty (spisywane zresztą na kolanie, bo z literówkami) dotyczące chaotyczności wywodu, braku dyscypliny i warsztatu badawczego oraz „setki” niecytowanych opracowań czy źródeł. Jakich konkretnie?; dlaczego powinny zostać zacytowane?; jakie nowe światło ich cytowanie rzuciłoby na przedmiot badań?; czy autor popełnił jakieś błędy merytoryczne, na co dowody można byłoby znaleźć w owych „setkach” niecytowanych prac? – tego oczywiście autor nigdy się nie dowiaduje. Takie napuszone sformułowania są w istocie puste semantycznie, a ich jedynym zadaniem jest wzniecanie zasłony dymnej mającej pozorować erudycję Recenzenta (jakoby znającego setki tekstów nieznanych autorowi), a w istocie jedynie słabo maskują jego ignorancję. Mówię tutaj nie tylko o tym konkretnym przypadku, ale uogólniam, ponieważ z takimi nic nie znaczącymi fajerwerkami recenzenckiego pustosłowia spotykałem się już niejednokrotnie.

piątek, 3 listopada 2023

W. Tomasik, Nie wszystkie podróże Sienkiewicza

Wojciech Tomasik opisuje Henryka Sienkiewicza „podróże mniej efektowne” niż te, które zazwyczaj wzbudzają zainteresowanie badaczy, te do Ameryki i Afryki, „takie ponadto, po których pozostały skąpe świadectwa lub nie przetrwały żadne ślady”. Szczególnie interesują Autora sienkiewiczowskie podróże koleją.

Patrząc więc na mapy oraz czytając kolejowe rozkłady jazdy Tomasik koryguje błędy, które wydawcy popełnili w edycjach korespondencji Sienkiewicza i jego bliskich. Warto te rozważania przeczytać już choćby po to, żeby zapoznać się z warsztatem pracy literaturoznawcy sięgającego po źródła pozaliterackie. A sposób, w jaki Autor rozprawia się z pomyłkami, brakiem wiedzy, błędami metodologicznymi oraz nieumiejętnością posługiwania się mapą i rozkładem jazdy swoich Koleżanek i Kolegów, sienkiewiczologów i edytorów, ma swoją pikanterię, która czyni lekturę jeszcze bardziej smakowitą.
 
Opracowanie to będzie nade wszystko interesujące dla zainteresowanych geopoetyką, związkiem przestrzeni geograficznej z literaturą – w tym przypadku z pisarstwem Henryka Sienkiewicza. Jak się okazuje, mapa odgrywała w twórczości oraz korespondencji polskiego noblisty szczególną rolę.
 
Książka, ilustrowana licznymi reprodukcjami rękopiśmiennych i drukowanych źródeł związanych z podróżami pisarza, wzbudza uznanie starannym edytorstwem oraz dopracowaną szatą graficzną, za co Wydawnictwu Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy należą się specjalne wyrazy uznania.
 
W. Tomasik, Nie wszystkie podróże Sienkiewicza. Szkice z geografii humanistycznej, Bydgoszcz 2023

czwartek, 2 listopada 2023

R.T. Tomczak, Powstanie i rozwój Konfederacji Szwajcarskiej w średniowieczu

Książka, jakiej brakowało. I żałuję, że nie ukazała się wcześniej, kiedy pracowałem nad swoją książką o wojnach włoskich.
 
Robert Tomczak opisał proces formowania się państwa, które dziś znamy jako Szwajcarię. Procesy te nie były wcale proste ani oczywiste, gdyż chodziło o „(…) powstanie pewnego bytu politycznego, który nie był do końca zdefiniowany, choć prowadził własną politykę zagraniczną. (…) Nie było (…) żadnych podstaw do tego, aby sądzić, że z tego bytu wyłoni się państwo” (s. 113). Oprócz omówienia procesów społeczno-politycznych prowadzących do zjednoczenia alpejskich kantonów i miast, Autor przedstawił także legendy założycielskie Szwajcarii, które odgrywały (i odgrywają nadal) bardzo ważną rolę w tworzeniu skonfederowanej szwajcarskiej tożsamości.
 
Dysponujemy zaledwie jedną monografią w języku polskim poświęconą historii Szwajcarii, napisaną przez Jerzego Wojtowicza przed kilkoma dekadami. Tym ważniejsze jest opracowanie przygotowane przez Roberta Tomczaka. Podkreślić wszakże trzeba, że nie jest to pełnowymiarowa historia tego państwa, a „jedynie” bardzo umiejętnie wykonana synteza jego powstania i uformowania się, poprowadzona od czasów antycznych do pokoju westfalskiego (1648). Przeczytałem ją z zaciekawieniem i dużym pożytkiem dla siebie.

środa, 1 listopada 2023

Czy warto czytać starsze książki?

Dyskusje o książkach historycznych – to hasło jednej z grup, do których należę na FB. Ostatnio kilkakrotnie pojawiły się na niej pytania o książki starsze, o to, czy warto je czytać. I często pojawiają się odpowiedzi (specjalizuje się w nich szczególnie jeden użytkownik, przede wszystkim w odniesieniu do książek starożytniczych czy egiptologicznych), że np. książka ma już 25 lat, wobec czego jest nic nie warta. Trzeba jednak wiedzieć, że takie kryterium ma bardzo ograniczone zastosowanie w naukach humanistycznych.

Oczywiście są różne książki, lepsze i gorsze. Te złe charakteryzują się np. tym, że ich autor popełnił kardynalne błędy faktograficzne, merytoryczne, metodologiczne czy warsztatowe lub tendencyjnie dobierał źródła. Takie książki są jednak złe już od początku, ich wartość nie spada wraz z wiekiem. I choć wiadomo, że badania naukowe są kontynuowane, uczeni dokonują nowych odkryć, dochodzą do nowych ustaleń, przedstawiają nowe interpretacje źródeł, to jednak w dobrych starszych książkach nadal jest wiele ciekawych ustaleń, dobrych pomysłów, interesujących pytań i odpowiedzi. Ba, nie każda nowsza książka jest lepsza od starszej tylko dlatego, że ma świeższą datę publikacji. Przykłady można by mnożyć.

Co więcej, ocenianie książek po samej dacie wydania wskazuje na niezrozumienie, jak działa humanistyka. Bo ona rozwija się w dialogu, w tym także w dialogu z naszymi poprzednikami, którzy czasem się mylili, często wiedzieli mniej niż my dziś (choć też niejednokrotnie znali źródła, którymi my dziś już nie dysponujemy), jednak działali w dobrej wierze, a my nie jesteśmy pierwsi. Ten dialog jest immanentną częścią procesów komunikacji naukowej.

Są książki, na które rzeczywiście szkoda czasu, nie wynika to jednak z daty ich publikacji.

wtorek, 19 września 2023

Leksykon oprawoznawczy

Ze wszystkich obszarów badawczych księgoznawstwa najsłabiej rozpoznane pozostają dotychczas, jak się wydaje, problemy oprawoznawstwa. Co prawda w ciągu ostatnich ośmiu lat ukazały się trzy tomy redagowanej przez prof. Arkadiusza Wagnera serii „Tegumentologia polska”, zagadnienie pozostaje jednak dalekie od wyczerpania. 
 
Bardzo mnie cieszy zatem publikacja przez Wydawnictwo Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy „Leksykonu oprawoznawczego” pod redakcją Elżbiety Pokorzyńskiej, Małgorzaty Pronobis-Brzezińskiej oraz Arkadiusza Wagnera. Jest to bardzo gruntownie opracowane i pięknie wydane kompendium wiedzy o dawnych i współczesnych oprawach książkowych. Ułożone alfabetycznie hasła encyklopedyczne wzbogacone zostały rysunkami oraz barwnymi fotografiami (łącznie 436 ilustracji przedstawiających różne typy, zdobienia czy detale opraw, narzędzia introligatorskie itp.). Każdemu hasłu przyporządkowano jego odpowiednik w językach angielskim, francuskim i niemieckim, co bardzo ułatwi dalsze studia, szczególnie jeśli chodzi o poszukiwanie literatury obcojęzycznej. Przyczyni się to też do ujednolicenia terminologii. 
 
Hasła leksykonu obejmują nie tylko terminy techniczne czy stricte księgoznawcze, lecz także np. z zakresu historii sztuki. Zainteresowany czytelnik znajdzie tu jednak także artykuły o charakterze bardziej niezwykłym, jak choćby ten o „Makabrycznych oprawach”, w którym jest mowa o oprawach książkowych wykonanych z ludzkiej skóry.
 
Zestawienie bibliograficzne kończące ten niezwykły tom liczy 30 stron. Jest to pozycja, która powinna znaleźć się w zbiorach każdego księgoznawcy, bibliologa, bibliotekarza, archiwisty czy historyka sztuki. Jeśli chcecie dowiedzieć się np. co to są skrzydła nietoperza, oprawy żałobne, kompartymenty czy kefalin, koniecznie sięgnijcie po tę książkę.

czwartek, 24 sierpnia 2023

Łódź poprzez wieki. Historia miasta, tom 1: do 1820 roku

Również wczoraj, oprócz egzemplarzy autorskich książki o wojnach włoskich, otrzymałem interesującą nowość z Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. Jest to pierwszy z zaplanowanej na pięć tomów całości poświęconej historii Łodzi. Książka jest pięknie wydana, z wieloma barwnymi ilustracjami oraz reprodukcjami dokumentów rękopiśmiennych, mapami itp. Typograficznie jest to majstersztyk. I jestem przekonany, że treść nie ustępuje formie, że pod względem merytorycznym również jest to dzieło warte uwagi. Trzeba podkreślić, że w ten projekt wydawniczy zaangażowane są główne instytucje miejskie – Muzeum Miasta Łodzi, Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi, Archiwum Państwowe w Łodzi oraz Biblioteka Miejska w Łodzi, która jest koedytorem publikacji.

Jak piszą wydawcy, w tomie tym opisana „została również przeszłość osad, które kiedyś stanowiły odrębne wioski, a obecnie znajdują się w granicach miasta. Dziś przypominają o nich jedynie nazwy poszczególnych części miasta, osiedli czy ulic. Autorzy, którzy wykorzystali wiele nieprzebadanych dotąd źródeł, nie tylko porządkują dotychczasowe ustalenia badaczy, ale również odkrywają przed Czytelnikiem wiele nowych faktów. Ta publikacja pozwala poznać przeszłość administracyjną i gospodarczą miasta, ukazuje życie codzienne jego mieszkańców w okresie staropolskim i przednowoczesnym. Tekst główny uzupełniają kapsuły zawierające fragmenty wartościowych źródeł, biogramy i ciekawostki oraz ilustracje. To książka o Łodzi, nim stała się ona „ziemią obiecaną”.”
 
Wolumin ten oferuje więcej niż to, co obiecuje tytuł. Jest to bowiem istotnie książka o historii Łodzi, ale jest w niej także rozdział o „Przeszłości językowej Łodzi do początku XIX wieku”, tom zaś zamyka rozdział o środowisku fizjogeograficznym miasta. W części historycznej opisano m.in. osadnictwo, dzieje Kościoła do połowy XVI w., zabytki architektury miejskiej czy też pieczęcie i herb Łodzi do początku XIX w. Otrzymujemy więc dzieło dotyczące nie tylko historii miasta, ale opisujące je w sposób interdyscyplinarny, całościowy, w różnych aspektach, z różnych punktów widzenia i na podstawie różnorodnych źródeł. Bardzo polecam nie tylko mieszkańcom Łodzi i regionalistom.
 
Zachęcam także do słuchania podkastu “Łódź poprzez wieki. Rozmowy jak przy kawie.” Justyna Tomaszewska – miłośniczka Łodzi i przewodniczka po jej zakamarkach, rozmawia z autorkami i autorami pięciotomowej publikacji “Łódź poprzez wieki. Historia miasta.”
 

Od Fornovo do Cateau-Cambresis. Dzieje wojen włoskich (1494-1559)

Przyszły egzemplarze autorskie. Jest książka, jest i pierwsza czytelniczka. Jest i satysfakcja, że koniec zwieńczył dzieło.

Książka jest dostępna w księgarniach, na Allegro oraz na stronie wydawcy.

środa, 16 sierpnia 2023

N. Davies, Sam o sobie


Ponieważ znam inne książki Normana Daviesa, do tej początkowo nastawiony byłem sceptycznie. Niesłusznie, jak się okazuje. To jest kawał niezłej literatury naszpikowanej różnymi ciekawostkami i anegdotami oraz pełnej interesujących informacji o życiu codziennym Autora i generalnie Brytyjczyków. 
 
Co ciekawe jednak, choć w założeniu jest to książka non-fiction, to momentami do złudzenia przypomina powieści akademickie Davida Lodge’a czy Malcolma Bradbury’ego. Podobnie jak w przypadku bohatera jednej z nich, życie N. Daviesa zmieniło się radykalnie na lepsze z powodu opublikowania jednej tylko, debiutanckiej książki. Bohater powieści po wydaniu (miernej) monografii błyskawicznie awansuje społecznie i ekonomicznie, za honoraria kupując dom w lepszej dzielnicy. Norman Davies po wydaniu książki o wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 r. zrobił natychmiastową karierę międzynarodową, jeżdżąc po całym świecie z wykładami na temat historii Polski jako jedyny, rozchwytywany ekspert w tej dziedzinie. 
 
Przełom lat 60. i 70. XX wieku to naprawdę były inne czasy. Dziś możemy tylko pozazdrościć. Ja na opublikowaniu kilkunastu już książek nie zarobiłem nawet tyle, żeby zwróciło mi się za kserówki.

środa, 26 lipca 2023

Ph.E. Steele, Nawrócenie i chrzest Mieszka I

Publicystyka niskich lotów udająca opracowanie naukowe. Nie dziwię się, że tekścik ten najpierw wydała Fronda, jednak drugie wydanie w Wydawnictwo Avalon już nieco dziwi. Przedstawiona przez Philipa Earla Steele’a argumentacja jest bardzo jednostronna, dobrana pod tezę: jedyną przyczyną sprawczą Mieszkowej decyzji o przyjęciu chrztu było natchnienie Ducha Świętego i prawdziwe, głębokie nawrócenie religijne. Wskazywanie przez historyków czynników politycznych w decyzjach władców odnoszących się do sfery sacrum jest według Steele’a błędem „modelu Burckhardtowskiego”. W jego rozumowaniu na postanowienia władców przyjmujących chrześcijaństwo nie miały wpływu żadne czynniki świeckie, sfera profanum zostaje wyłączona. 
 
Warto zauważyć, że Ph.E. Steele popada w błędy, których popełnianie tak ochoczo przypisuje innym historykom. Głównym z nich jest anachronizm. Jak sam wielokrotnie podkreśla (za Gibbonem), każdy człowiek jest dzieckiem swej epoki. Według niego wszyscy historycy, których wnioski nie zgadzają się z jego własną wizją, zapominają o tym, popadając w ahistoryczność. A równocześnie chyba umyka mu, że Konstantyn, Chlodwig czy Mieszko I mogli zupełnie inaczej niż amerykański amator historyk kilkanaście stuleci później pojmować religijność w ogóle, a chrześcijaństwo w szczególności.
 
Na czym polega anonsowana przez wydawcę „przełomowość” pracy Ph.E. Stele’a? To proste. Otóż „dokonał (…) po prostu analizy wszystkich obecnych w naszej historiografii politycznych uzasadnień chrztu Mieszka I. I okazało się, że żaden z tych powodów, podawanych przez historyków jako przyczyna przyjęcia chrześcijaństwa, nie wytrzymał krytyki. W ten sposób drogą eliminacji dochodzimy więc do… pustki – nie mamy żadnego sensownego argumentu cywilizacyjno-politycznego. W tym momencie dokonuje (…) rekonstrukcji mentalności człowieka średniowiecza [sic! W tym momencie każdemu mediewiście zawyją syreny alarmowe – PT], władcy tamtego miejsca i tamtego czasu, i dochodzi (…) do wniosku, że najbardziej prawdopodobnym i całkowicie wiarygodnym wytłumaczeniem chrztu Mieszka I było jego nawrócenie religijne”. Zatem według tego Sherlocka Holmesa polsko-amerykańskiej historiografii, jeśli odrzuci się wszystkie wnioski, do jakich doszli polscy historycy, wówczas to, co pozostanie, musi być prawdą. Elementarne.
 
Jednym z zasadniczych problemów z omawianą pracą jest jednak to, że części kwestionowanych hipotez Steele nie zrozumiał, a przynajmniej przedstawił je w wykoślawiony sposób. I nie wiem, co gorsze: niezrozumienie czy celowe zniekształcenie. Biorąc pod uwagę całkowity brak u autora naukowego obiektywizmu oraz uporczywe dobieranie argumentacji pod z góry przyjętą tezę, nie zdziwiłbym się, gdyby w grę wchodziło to drugie. O rażących brakach w bibliografii przedmiotu w tej sytuacji nie warto już nawet wspominać. Dość powiedzieć, że dla Steele’a jednakową wartość naukową mają prace J. Strzelczyka, S. Trawkowskiego i D.A. Sikorskiego, jaki i beletrystyka P. Jasienicy czy L. Stommy.
 
Według PhE. Steele’a generalnie polska historiografia, z nielicznymi wyjątkami, wykazuje „materialistyczne skrzywienie” (zabrakło tu jedynie epitetu „neomarksizm”, ale tylko dlatego, ze w czasie, kiedy Steele pisał swoją rozprawkę, pojęcie to jeszcze nie weszło w modę), jest zapóźniona o dziesięciolecia w stosunku do historiografii zachodniej (to oczywiście wina komunizmu i PRL) i nadal nie może wyzwolić się z pułapki „paradygmatu Burckhardtowskiego”.
 
Nazywanie tego eseju książką jest nadużyciem. Tomik liczy ogółem 151 stron, z czego strony 21-57 to rozmowa Ph.E. Steele’a z Grzegorzem Górnym, strony 115-151 to aneks z biogramami postaci występujących w tekście, zaś zasadnicza część rozprawki, rozdzielona na dwa quasi-rozdziały, to raptem niewiele ponad 50 stroniczek niedużego formatu (59-113). Wbrew temu, co możemy przeczytać w opisie od wydawcy, w żadnej mierze nie są to stronice przełomowe w polskiej nauce, nie prezentują żadnego nowego, a tym bardziej naukowego spojrzenia i nie ma mowy o jakiejkolwiek szerszej akceptacji tej dewocyjnej publicystyki przez polskich mediewistów. Daję mocne 1 na 10.
 
Ph.E. Steele, Nawrócenie i chrzest Mieszka I, Kraków 2016

środa, 28 czerwca 2023

Z. Mazarczuk, Pierwsza wojna włoska z lat 1494-1495

Pisząc na temat tej książki mam poczucie, że w jakimś sensie popadam w konflikt interesów, niemniej zdecydowałem się wypowiedzieć kilka zdań na jej temat, ponieważ, jak sądzę, mam niejakie kompetencje w zakresie omawianej w niej problematyki.

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy już od pierwszych akapitów tekstu, to fakt, że niestety – mówiąc eufemistycznie – wiele do życzenia pozostawia korekta tekstu. Do tego jednak Infort Editions zdążył już czytelników przyzwyczaić.

Mamy zatem papieża Kalikstusa III i „sojusz francusko-milański”. Francuski dyplomata i pamiętnikarz z czasów Ludwika XI i Karola VIII nazywał się Philippe de Commines (Commynes), a nie Comnmines. Dużym nieporozumieniem, dającym niezamierzony efekt komiczny, jest termin „polityka ‘błyskotliwej izolacji’” – niewątpliwie jest to źle przetłumaczone odniesienie do brytyjskiej polityki zagranicznej określanej jako „splendid isolation”. Na określenie stulecia, w którym rozgrywają się opisywane wypadki, w zasadzie dowolnie używa się rzymskich cyfr XIV, XV i XVI. A to tylko część przykładów tego rodzaju pochodzących z samego "Wstępu". 

W całej książce takich pomyłek, błędów gramatycznych (zdania z niezgodnością liczb, czasów, przypadków i rodzajów, brak deklinacji imion i nazwisk – choć akurat imię Melchiorre według W. Biernackiego w celowniku ma formę „Melchiorze”: „gdy ktoś zaproponował Melchiorze Trevisanowi ucieczkę (…), s. 198), literówek, braku ujednolicenia zapisu nazwisk, niechlujnej korekty oraz zwykłego bałaganiarstwa jest bez liku i nie ma sensu wymieniać ich wszystkich. Nie wiem jak innych czytelników, ale mnie to niestety bardzo rozprasza, łapię się bowiem na tym, że zamiast śledzić tok narracji, szukam kolejnego babola.

Zawiniła nie tylko korektorka (Katarzyna Jezierska), lecz także tłumacz. Przede wszystkim wydawnictwa, które mają polskie edycje, sensowniej byłoby cytować według nich niż podawać je za dawnymi wydaniami radzieckimi (np. Machiavelli cytowany jest za moskiewskim wydaniem z 1982 r., choć mamy dobre przekłady polskie). 

W książce zresztą w ogóle dominują opracowania stare i bardzo stare (to już zarzut pod adresem autora). Wydanych po 2000 r. jest zaledwie 30 na ogółem 117 pozycji bibliograficznych, wliczam w to jednak także rosyjskie przekłady książek dawniejszych, liczących sobie kilka dekad. Samo w sobie oczywiście nie musi to automatycznie źle świadczyć o książce, jednak powinno uruchomić jakiś sygnał alarmowy, że najnowsze ustalenia naukowe są tu nieobecne.

Dziwactwem tłumacza jest, że w całej książce w podawanych w przypisach dolnych opisach bibliograficznych cytowanych publikacji nie stosuje on ujednoliconego skrótu „s.” (pol. strona) na oznaczenie numeru strony, ale przy publikacjach zachodnich podaje „p.” (ang. page), przy rosyjskojęzycznych zaś – „c.” (ros. страница). Ale przynajmniej trzeba przyznać, iż jest to dziwactwo konsekwentne.

Radosna twórczość tłumacza nie odpuściła także nazwom włoskich miast i twierdz. Podam tylko kilka przykładów: Fividzano, Sartana, Savoy/Savoie, w Lukke (zamiast w Lukce), Poggoreale, rzeka Tarot.

Niestety błędy polskiego wydania sprawiają, że tekst jest trudny w odbiorze, a w pewnych fragmentach wręcz niezrozumiały. Przykładowo, zupełnie nonsensowny jest ten ustęp: „Tak więc Liga św. Marka nie trwała długo. Jego kluczowe ogniwo, papież, podstępnie zdradził sojuszników, zwracając się przeciwko dawnemu wspólnemu wrogowi” (s. 53). W kolejnym zdaniu amerykański historyk Kenneth Meyer Setton stał się C. Setonem. Na s. 55 wspomniana jest „koronacja Alfonsa II na legata papieskiego” (nie wiem nawet, co by to mogło znaczyć). Kardynał Giuliano della Rovere wzywał Karola VIII, by „zdymisjonował Aleksandra VI”, a „Alfons II (…) przyznał swemu synowi Juanowi Borgii księcia Gandii feudała z dochodem (…)” (s. 64). Co jest natomiast zadaniem papieża? Otóż „sprawowanie Stolicy Apostolskiej” (s. 96). Flota Karola VIII składała się z „okrętów genueńskich i prasłowiańskich” (s. 117). 

Pomimo strategicznego sojuszu z Wielką Lechią nie wszystko udawało się królowi francuskiemu tak, jak by sobie tego życzył: „(…) nawet po śmierci sułtana Zadeha i zdobyciu Neapolu Karol VIII po raz pierwszy nie zrezygnował z tych planów”. „Sułtan Zadeh” to oczywiście Dżem (Cem, Zizimos), brat władcy osmańskiego pozostający w niewoli francuskiej, później papieskiej, a w czasie inwazji Karola oddany przez Aleksandra VI pod kuratelę Karola. Zagadkę stanowi, skąd tłumacz wytrzasnął imię Zadeh. Być może jest to jakaś zniekształcona forma tytułu şehzade, oznaczającego męskiego potomka rodu Osmanów, „księcia krwi”. Co do Karola zaś, to miejmy nadzieję, że do końca życia pozostawał konsekwentny i później jeszcze wiele razy nie rezygnował z tych (oraz innych) planów. 

Lombardowie to nie poddani księcia Mediolanu, tylko lud germański zamieszkujący Italię we wczesnym średniowieczu. Ferdynand II, król Neapolu, nie był rodzicem hiszpańskich Królów Katolickich, Ferdynanda Aragońskiego i Izabeli Kastylijskiej (s. 237). Taki i podobny bełkot ciągnie się aż do ostatniej strony książki. Niczego aż tak złego nie miałem w rękach od czasu wydanej również przez Infort książki R. Gogosza.

Przechodząc do oceny merytorycznej: Zmicier Mazarczuk pisze o Italii jako „nauczycielce Europy” wspominając m.in. że to „tam właśnie narodziły się pierwsze stałe armie”. To stwierdzenie nie jest prawdą. Choć w wielu dziedzinach Włochy rzeczywiście miały pozycję wiodącą, to w zakresie wojskowości górowali nad nimi Francuzi, Hiszpanie i Niemcy. Sam Mazarczuk przyznaje to pod koniec książki, po opisie bitwy pod Fornovo, nie zauważa jednak tej niekonsekwencji własnych poglądów.

Białoruski autor podaje jednoznacznie pozytywną ocenę papieża Aleksandra VI, choć wiemy przecież, jak kontrowersyjna była to postać i jak skrajnie różne emocje wzbudzała i wzbudza w historykach do dziś. Pominięcie tego aspektu nie jest już tylko zwykłym uproszczeniem.

O Karolu VIII pisze, że „Głównym powodem jego krótkiego panowania był fakt, że młody król nie miał silnego charakteru i ulegał wpływom najbliższych mu osób”. Nie wiem, jak interpretować to zdanie, być może to znów niedoskonałość przekładu, jednak trzeba pamiętać, że Karol zmarł z powodu urazu głowy, a nie słabości charakteru.

Zmicier Mazarczuk w pierwszym rozdziale opisuje dość obszernie, skąd się wzięły francuskie pretensje do Królestwa Neapolu (kilkustronicowy wywód dynastyczny), natomiast bardzo pobieżnie wspomina o roli Ludovica Sforzy il Moro. W zasadzie nie wyjaśnia powodów, dla których il Moro sprowadził Francuzów do Włoch, nie wspomina też w ogóle o tym, że jako władca Mediolanu był on uzurpatorem. Rola, jaką odegrał Sforza, choć jego imię pojawia się na kartach tej książki wielokrotnie, pozostaje bardzo niejasna. A przecież jest to postać kluczowa i dla zrozumienia przyczyn wybuchu wojen włoskich należy poznać jego motywacje.

W rozdziale drugim, w którym omówiono przygotowania dyplomatyczne Karola VIII do wyprawy przeciwko Italii, sytuację polityczną państw włoskich, kombinacje sojuszów, jakie zawierano, enigmatycznie wspomina się także o anonimowym cesarzu (imię Maksymiliana pojawia się dopiero na s. 104) oraz jego nieznanym synu, który obiecywał Karolowi VIII pomoc w czasie inwazji. Z książki Mazarczuka niewiele dowiemy się na temat tego, kim był ów nieznany cesarz, jaka była jego rola w wojnach włoskich, nie dowiemy się też, dlaczego jego syn (nazwany w innym miejscu „Filipem Sprawiedliwym”) ratyfikował wspomniany tajny dokument.

Niejasno i nieprecyzyjnie omówione zostały działania Ludwika Orleańskiego w Asti i Novarze. Oblężeniu tej ostatniej oraz negocjacjom pokojowym poświęcono odrębny rozdział, Mazarczuk nie wspomina jednak o upokorzeniu, jakie spotkało wówczas Ludwika Orleańskiego ze strony Ludovika Sforzy, choć miało to kluczowe znaczenie dla późniejszych wydarzeń.

Bitwa pod Fornovo opisana została bardzo skrótowo, w zaledwie kilku akapitach (miłośnicy opisów starć zbrojnych będą bardzo rozczarowani). Zabrakło wzmianki o pewnym pikantnym szczególe, a mianowicie o należącej do Karola VIII „pewnej książeczce”, którą Włosi zdobyli wraz z francuskim taborem. 

Ogólnie rzecz ujmując, w „Pierwszej wojnie włoskiej” znaleźć można pewne szczegóły, głównie dotyczące polityki i dyplomacji, które ja musiałem pominąć lub skrócić pisząc syntezę całego okresu. Niestety wielu ważnych elementów, koniecznych do tego, żeby obraz był pełny, brakuje. Nie omawiam tych braków dokładniej, ponieważ wszystko to znajduje się w mojej książce o wojnach włoskich. Obraz malowany przez Zmiciera Mazarczuka jest rozmyty, a w pewnych miejscach zupełnie nieczytelny. 

Wiele istotnych kwestii pozostało w tej książce niezauważonych. Powiedziałbym zatem, że Mazarczuk zebrał wiele danych, jednak brakuje mu kluczowych detali, by stworzyć ze zgromadzonego materiału całościowy obraz opisywanych wydarzeń. W moim odczuciu książka ta nie poszerza naszej wiedzy na temat pierwszej wojny włoskiej. Nie ma tu żadnych nowych ustaleń, nowych hipotez, nowych pytań badawczych, autor nie odnalazł też żadnych nowych źródeł. Tekstowi Mazarczuka można więc niejedno zarzucić, nie mam jednak też wątpliwości, że największą krzywdę zrobili mu polscy wydawcy.

Jest to pozycja adresowana raczej do osób zainteresowanych historią polityczną niż militarną. Ze względu na niechlujstwo wydawców (#FaktNieOpinia) książkę tę mogę szczerze polecić jedynie miłośnikom kuriozów. Jako lektura uzupełniająca może ewentualnie stanąć też na półce zainteresowanych wojnami włoskimi lub jako gadżet u kolekcjonerów serii.


Z. Mazarczuk, Pierwsza wojna włoska z lat 1494-1495, przekł. W. Biernacki, Tarnowskie Góry 2023

czwartek, 23 marca 2023

Jan ze Stobnicy, Wprowadzenie do „Kosmografii” Ptolemeusza

Po lekturze „Wprowadzenia do „Traktatu o sferze” Johna z Holywood” Jana z Głogowa sięgnąłem po wydane przed dwu laty „Wprowadzenie do „Kosmografii” Ptolemeusza” Jana ze Stobnicy, wydane również w Częstochowie przez prof. Roberta K. Zawadzkiego.

Dzieło Stobniczki, późnośredniowiecznego astronoma krakowskiego, jest kompilacją, zawiera jednak pewne elementy oryginalne (przede wszystkim opisy Polski i Rusi), zaś jego autora cechowała niezależność myślenia i erudycja, a w pewnych elementach można mówić wręcz o jego nowatorstwie na gruncie polskim (przede wszystkim jego informacje na temat Ameryki). Wydanie tekstu „Wprowadzenia” w łacińskim oryginale wraz z polskim przekładem oraz obszernym komentarzem jest ważnym osiągnięciem w zakresie badań nad historią nauki polskiej.
 
Seria „Biblioteka Długosza” wydawana przez Uniwersytet Humanistyczno - Przyrodniczy im. Jana Długosza w Częstochowie jest naprawdę dobra, a prof. R.K. Zawadzki robi kawał dobrej roboty!
 
Jan ze Stobnicy, Wprowadzenie do „Kosmografii” Ptolemeusza, studium, tekst łaciński, komentarz i przekład R.K. Zawadzki, Częstochowa 2021

środa, 22 marca 2023

Jan z Głogowa, Wprowadzenie do „Traktatu o sferze” Johna z Holywood

Publikacja wprowadzenia Jana z Głogowa do „Traktatu o sferze” Johna z Holywood to kolejne ważne dzieło edytorskie prof. Roberta K. Zawadzkiego (10 lat temu pisałem już o jego edycji Wawrzyńca Korwina). W jednym woluminie otrzymujemy łaciński tekst dzieła wraz z polskim przekładem, a także obszerne, 120-stronicowe wprowadzenie, w którym R.K. Zawadzki obszernie omawia i komentuje treść dzieła Głogowczyka. Wstęp ten rozpoczyna się od zwięzłego przedstawienia historii astronomii – „krótkiego przeglądu rozwoju teorii geocentrycznej”. Badacz pokazuje wagę Jana z Głogowa jako nowoczesnego już uczonego, postulującego, „by wszelkie modele astronomiczne odpowiadały realnym obserwacjom”. Jest to kapitalne spostrzeżenie.


Filolog przedstawia Głogowczyka nie tylko jako astronoma, autora traktatu astronomicznego i komentatora tekstu Johna z Holywood, lecz także jako oryginalnego myśliciela, humanistę czerpiącego z nowych prądów kultury renesansowej, wrażliwego wychowawcę, nauczyciela i dydaktyka, a wreszcie literata i miłośnika literatury. Współczesny komentarz literaturoznawczy pozwala spojrzeć na tekst późnośredniowiecznego uczonego z innej niż tradycyjna perspektywy. Trzeba pamiętać, że to właśnie Głogowczyk kładł podwaliny pod rozwój polskiej astronomii i geografii.
 
Bez wątpienia jest t pozycja obowiązkowa w bibliotece każdego zainteresowanego historią astronomii i nauki.

Jan z Głogowa, Wprowadzenie do „Traktatu o sferze” Johna z Holywood, studium, tekst łaciński, komentarz i przekład R.K. Zawadzki, Częstochowa 2023

Zaginiony rękopis dzieła Cycerona wrócił do Wrocławia

 

"Manuskrypt Cycerona z XV wieku wrócił do Wrocławia po latach. Został odnaleziony w Nowym Jorku.
 
W piątek (10 marca) do zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu został przekazany manuskrypt z dziełami Cycerona. To zaginione niegdyś dzieło znajdowało się w naszym mieście od początku XX wieku. Między 1961 a 1977 rokiem został skradziony. Co się z nim działo i jak został odnaleziony?"