poniedziałek, 17 lipca 2017

Stosunki księcia litewskiego Witolda z Zakonem krzyżackim

"Stosunki księcia litewskiego Witolda z Zakonem krzyżackim w Prusach w czasie walki o litewskie dziedzictwo: 1382-1401".

Praca nad polskim przekładem zakończona. To prawda, że książka ta powstała przed niemal stu laty i samo uzupełnianie jej o nowsze wyniki badań wymagałoby napisania przynajmniej drugiego tomu o podobnej objętości, niemniej rzecz jest naprawdę ciekawa i prezentuje punkt widzenia, który może zainteresować polskiego czytelnika. Jej zaletą jest także syntetyczne ujęcie problematyki.

"Fürst Witold von Litauen" to rozprawa doktorska berlińskiego bibliotekarza, Karla Heinla. Publikacji pikanterii dodawać może fakt, że autor był ideowo zaangażowanym członkiem NSDAP i wysokim funkcjonariuszem nazistowskim. Zajmował się nazifikacją instytucji kultury. W czerwcu 1933 r. przedłożył Ministerstwu Propagandy i Oświecenia Publicznego długi memoriał, w którym prezentował biblioteki jako idealny środek do przebudowy sposobu myślenia całego narodu niemieckiego w duchu narodowosocjalistycznym. Memoriał ten nosił tytuł "Memorandum w sprawie budowy niemieckiego systemu bibliotek publicznych w ramach przebudowy całego niemieckiego życia kulturalnego i narodowego, obejmującego narodowy program edukacyjny rządu Rzeszy".

poniedziałek, 3 lipca 2017

E. Vulliamy, Wojna umarła, niech żyje wojna


Książka Eda Vulliamy’ego, wbrew temu, co może sugerować jej tytuł, nie jest opowieścią o wojnie. To opowieść o bezradności i bezczynności rządów i organizacji międzynarodowych oraz opinii publicznej wobec zbrodni wojennych, o zaniedbaniach, a czasem wręcz o celowych zaniechaniach w zakresie pociągania zbrodniarzy do odpowiedzialności. To opowieść o niezabliźnionych ranach, o niewyrównanych rachunkach krzywd, o niesprawiedliwości i kłamstwie, które nie pozwala przebaczać. Niestety znów (a raczej wciąż) aktualna. Bo to, o czym pisze ten znakomity brytyjski dziennikarz, jest bardzo uniwersalne. Jak antyczną tragedię, jego książkę można odczytywać wciąż na nowo w różnych kontekstach i podkładając pod nią różne daty i miejsca – Auschwitz, Kielce, Bośnia, Rwanda, Syria… Ten dramat jest odgrywany wciąż na nowo. Zmieniają się miejsca i czasy, lecz to, co pozostaje niezmienne, to obojętność i bezczynność rządów i międzynarodowej opinii publicznej. Zawsze ona zawodziła (przypomnijmy sobie choćby beznadziejną misję „Kuriera z Warszawy”), zawodzi dziś (zupełnym kuriozum jest wygłoszone niedawno stwierdzenie, że ofiarom wojny trzeba pomagać „na miejscu”; więźniom obozów koncentracyjnych zapewne również?) i najpewniej zawodzić też będzie w przyszłości. Nasz grzech zaniechania jest tym cięższy, im doskonalszymi środkami komunikacji masowej dysponujemy. Dziś nie da się już własnej abnegacji zrzucić na niewiedzę. Wiemy o wszystkim, tyle, że nas to po prostu nie obchodzi.

Memento dla naszej cywilizacji stanowią cytowane przez Autora słowa ocalałego z Holocaustu Thomasa Buergenthala: „Zawsze, gdy słyszę te piosenki, mam przed oczyma śpiewających je ludzi w getcie. Ich przekaz jest dobrze znany ofiarom z Bośni i Rwandy oraz miejsc, których nazw już nie pamiętamy. Nazwy się zmieniają, ale nie zmienia się ludzkie cierpienie ani obojętność społeczności międzynarodowej. Nim w końcu podejmiemy jakieś działania, jeśli w ogóle je podejmujemy, giną tysiące niewinnych ludzkich istnień. (…) Jak wytłumaczymy dzieciom i wnukom, że w naszym świecie potrafimy szybko zorganizować czterdzieści miliardów dolarów, by ratować gospodarkę tego czy innego dalekiego kraju, bo jej upadek może źle wpłynąć na notowania na giełdzie, ale guzdrzemy się niemiłosiernie, gdy trzeba ratować ludzi przed śmiercią i cierpieniem zadawanymi przez bezlitosny reżim?”.

Ed Vulliamy pokazuje, że historia odgrywana jest wciąż na nowo wcale nie jako farsa. Chyba że za farsę uznamy fakt, iż kolejne tragedie nie uczą niczego nas jako ludzkości. Skazani jesteśmy na powtarzanie tych samych błędów i przeżywanie wciąż od nowa tych samych tragedii. To nieustannie dzieje się na naszych oczach i trudno nie ulec lękowi, że wydarzy się znów, tym razem u nas.

Kielce w 1946, Omarska w 1992, setki innych miejsc, „których nazw już nie pamiętamy” lub też nigdy ich nie poznaliśmy – tu i tam ci, którzy przeżyli, stawiają sobie pytanie: jak to możliwe, że sąsiedzi, znajomi, przyjaciele, koledzy ze szkoły czy z pracy w imię ideologii mogą zamienić się w dzikie bestie i okrutnie mordować tych, obok których żyli i mieszkali przez dziesięciolecia tylko dlatego, że ci wyznawali inną wiarę? Jak mają żyć ci, którzy z pogromów ocaleli? Czy jest możliwe wybaczenie i pojednanie?

O tej książce nie trzeba wiele pisać. Ona mówi sama za siebie. To jedno z najważniejszych dzieł początku naszego stulecia.

Ed Vulliamy, Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

niedziela, 18 czerwca 2017

Polityka historyczna


„Rosyjski nacjonalizm państwowy zawsze marzył o partenogenezie. Zawsze poszukiwał mitu odrębnego pochodzenia, w którym to micie rodziłby się geniusz narodu rosyjskiego, tak jak z nasienia rozwija się łodyga, liście i owoce. Interpretacja „warangiańska”, podkreślająca historyczny fakt, że pierwsze rosyjsko-słowiańskie państwo zostało założone w okolicach Kijowa nad Dniestrem przez Wikingów, nie miała łatwego życia za ostatnich carów oraz stalinowskiej policji intelektualnej. Wersja „bizantyńska”, interpretująca wczesną kulturę i instytucje rosyjskie jako sprowadzone z Konstantynopola wraz z prawosławnym chrześcijaństwem, również nie cieszyła się uznaniem wśród biurokratów, którzy tworzą „patriotyczne” lub „postępowe” programy nauczania i decydują, którego uczonego należy zdymisjonować za podejrzane poglądy.

Za Stalina mit partenogenezy (bądź „autochtonii”) sięgnął wyżyn absurdu. Z archeologii radzieckiej usunięto samo pojęcie migracji. Zmiany kulturowe – zadekretowali partyjni biurokraci od archeologii – były pochodną rozwoju w obrębie trwałych zbiorowości, nie zaś przybycia nowej ludności ze wschodu lub zachodu. Wyrażenie „wędrówka ludów” (Völkerwanderungen) , określające ruchy ludnościowe po upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego, zostało zakazane. Uznano na przykład, że Goci krymscy nie byli germańskimi najeźdźcami, lecz „wyłonili się autochtonicznie i etapami z wcześniejszych plemion”. Chazarowie przestali być tureckimi koczownikami ze wschodu, przeradzając się w lud z dawien dawna zamieszkujący kraj doński i północny Kaukaz: „owoc autochtonicznej etnogenii [sic!] zrodzony z małżeństw mieszanych pomiędzy miejscowymi plemionami”. Tatarów odkryto na nowo jako rdzenny lud nadwołżański. Co groźniejsze, skandynawskich Warangów, którzy stworzyli pierwsze państwo ruskie wokół Kijowa, przerobiono na Słowian.

Od początku lat trzydziestych do końca lat pięćdziesiątych urzędnicy partyjni zawiadujący radziecką archeologią zaprojektowali i zbudowali strzelisty gmach szowinistycznego imbecylizmu. Chodzi o tezę, że cały obszar współczesnej Rosji, Ukrainy, Europy Wschodniej, a nawet Środkowej był zamieszkany przez ludność prasłowiańską od połowy epoki żelaza, czyli od około 900 roku p.n.e. Stalin wystrzelił z rewolweru w powietrze i cała przeszłość czarnomorskich stepów, złożona z nieustannych migracji i mieszania się plemion, zastygła w miejscu z przerażenia i zamieniła się w historię statycznego rozwoju społecznego.

Strzały nie były wyłącznie metaforyczne. Michaił Miller, archeolog rosyjski, który po drugiej wojnie światowej schronił się na Zachodzie, w swojej książce Archeology in the USSR opisał los, jaki spotkał jego kolegów, kiedy w latach 193-1934 wytyczano nową linię. Jakieś 85 procent członków tego zawodu padło ofiarą czystki. Większość z nich wywieziono do syberyjskich lub środkowoazjatyckich obozów pracy lub skazano na wygnanie. Niektórych rozstrzelano lub popełnili samobójstwo, gdy NKWD przyszło ich aresztować. Większość – łącznie z wybitnie uzdolnionym bratem Millera, Aleksandrem – przepadła w gułagu.

Dopiero wiele lat po śmierci Stalina przeszłość południowego stepu odważyła się znowu poruszyć, zrazu bardzo ostrożnie. A.L. Mongait był partyjnym lojalistą, któremu zlecono napisanie przeznaczonej dla zachodniego czytelnika książki  częściowo naprawiającej szkody wyrządzone przez Millera. Opublikowana w wersji angielskiej w 1961 roku, również pod tytułem Archeology in the USSR, niesmiało podnosiła „problem scytyjski”, jak to nazwał autor, czyli niezaprzeczalny fakt, że Scytowie przybyli na step nad Dnieprem i Donem z innych obszarów. Pozwolił Scytom migrować – ale tylko trochę. „Parli na zachód znad dolnej Wołgi”, gdzie, twierdził Mongait, przyszli na świat w którymś okresie epoki brązu. Prawda znana nauce od niemal pięćdziesięciu lat – że Scytowie byli związkiem plemion mówiących językiem indoirańskim i przybyłych z Azji Środkowej – była dla niego nie do strawienia”.

N. Ascherson, Morze Czarne, Poznań 2002, s. 55-56

poniedziałek, 6 lutego 2017

"Osiągnięcia nauki polskiej"

Znaczki pocztowe z serii "Osiągnięcia nauki polskiej". Na trzech z nich znajdziemy portrety wybitnych historyków, kolejno: Aleksandra Gieysztora, Witolda Kuli i Gerarda Labudy.

https://www.kzp.pl/index.php?artykul=nws-n45-n4567

piątek, 3 lutego 2017

M. Łuszczyna, Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne


Pamiętacie Państwo burzę, jaka rozpętała się przed ośmiu laty po publikacji „Sąsiadów” J.T. Grossa? Skrajne emocje rozgrzały wówczas debatę publiczną do czerwoności. Tym razem kij w mrowisko próbuje wsadzać dziennikarz Marek Łuszczyna, publikując reportaż historyczny poświęcony polskim obozom koncentracyjnym. Użyte w tytule książki sformułowanie z pewnością wywoła nową falę oburzenia, jednak jako naród nie możemy pozwolić, aby przykryła ona historyczną prawdę. A jest ona taka, że w latach 1945-1950 w Polsce funkcjonowało ponad dwieście obozów pracy przymusowej oraz obozów koncentracyjnych, utworzonych z wykorzystaniem infrastruktury wybudowanej w czasie wojny przez nazistów. Osadzano w nich nie tylko hitlerowskich funkcjonariuszy i żołnierzy, nie tylko rodowitych Niemców, lecz także Ślązaków, Ukraińców, Łemków i Polaków. Za druty trafiali bez różnicy członkowie NSDAP, powstańcy śląscy, volksdeutsche, zwykli cywile, przedsiębiorcy, „bogacze” – wszyscy, którzy uznani zostali za wrogów przez władze komunistyczne. Wśród więźniów były całe rodziny z dziećmi. Ludzie umierali z głodu, zimna, od chorób, umierali także w wyniku nieludzkiego traktowania, bicia, tortur, byli mordowani, a nawet dosłownie obdzierani ze skóry.

Obozy podlegały nie tylko Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, lecz także Centralnemu Zarządowi Przemysłu Węglowego. Te drugie dostarczać miały niewolnych robotników do pracy w kopalniach węgla kamiennego. Mordercza praca nie chroniła jednak więźniów przed maltretowaniem, torturami, upodleniem i morderstwami. Marek Łuszczyna opowiada mikrohistorie, pisze o konkretnych, znanych z imienia i nazwiska osobach, katach i ofiarach. Podaje też przykłady komendantów o skłonnościach psychopatycznych i pisze wprost o dokonywanych za drutami bestialstwach. Ale to nie poszukiwanie sensacji jest w tej książce najważniejsze.

Książka Marka Łuszczyny nie jest naukowym dziełem historycznym. To opracowanie popularne, napisane z dziennikarską błyskotliwością, językiem przystępnym dla szerszej publiczności. Autor opowiada o rzeczywistości znanej historykom (wiele materiałów na ten temat można znaleźć także w Internecie, tutaj podam odnośnik do strony poświęconej największemu obozowi pracy w powojennej Polsce, nadzorowanemu przez MBP obozowi w Jaworznie: http://www.obozdwochtotalitaryzmow.pl/o2t/centralny-oboz.html; tam też odsyłacze bibliograficzne do opracowań naukowych), nie funkcjonującej jednak dotychczas w świadomości społecznej. Dzięki Małej zbrodni problematyka polskich obozów koncentracyjnych ma szansę wreszcie się do niej przebić. Może też uda się pokonać mur milczenia, na jaki napotykają ci, którzy chcą w interesie społecznym ujawniać prawdę o obozach i towarzyszących im masowych grobach. Prawda ta jest niewygodna politycznie, choć materiały źródłowe są dla historyków dostępne bez ograniczeń.

Jest niezmiernie ważne, abyśmy uświadomili sobie, że nasze dzieje to nie tylko husaria pod Wiedniem i tyleż wyjaskrawione, co nieprawdziwe legendy o bitwie na Psim Polu czy „żołnierzach wyklętych”. Historia Polski ma także ciemniejsze karty, które musimy poznawać. Lata następujące po wyniszczającej, totalnej wojnie, były okresem demoralizacji jednostek i formujących się dopiero instytucji państwa, którego ostateczny kształt był jeszcze niejasny, trwających nadal walk i bolesnego wychodzenia z chaosu. Musimy przyjąć do wiadomości, że w tym wrzącym tyglu dochodziło także do zbrodni popełnianych zarówno przez aparat państwowy, jak i przez grupy powstańcze czy lokalne społeczności, przez Polaków działających w imię różnych ideologii i wartości. „Przepracowanie” traum narodowych potrzebne jest przede wszystkim nam samym, ale także potrzebujemy przejścia przez ten psychologiczny proces, by na zdrowych zasadach, w prawdzie, nie w fałszu, układać stosunki z naszymi sąsiadami zarówno z zachodu, jak i wschodu.

M. Łuszczyna, Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne, Znak Horyzont 2017