Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2025

M. Wilk, Jedyna. Biografia Karoliny Lanckorońskiej


 "Fertyczna" - tak również mógłby brzmieć tytuł biografii dr hab. Karoliny Lanckorońskiej, historyczki sztuki, wydawczyni źródeł historycznych, mecenaski setek polskich humanistów... długo by zresztą wymieniać. Jej życie było nie tylko długie, ale też niespokojne i wypełnione niekończącą się pracą. Sprawdźcie sami!

Marcin Wilk napisał niezwykle barwną, pełną życia opowieść biograficzną, ukazującą nie tylko postać bohaterki, lecz także czasy, w których żyła. Tekst wzbogacony jest licznymi fotografiami, a całość została bardzo pięknie wydana przez Wydawnictwo Znak. Jednym słowem, jest to książka znakomita.

piątek, 16 maja 2025

K. Łapiński, Najmądrzejszy. Biografia Sokratesa


Powiedzmy to sobie wprost: biografia Sokratesa autorstwa Krzysztofa Łapińskiego jest przydatnym opracowaniem popularnym, jednakże z fragmentami na poziomie wiedzy z podręcznika szkolnego, co już na wstępie może zniechęcać specjalistów. Warto zwrócić uwagę, iż książka anonsowana jest przez wydawcę – Agora – jak produkt marketingowy opiniami zamówionymi u osób o znanych nazwiskach, niebędących jednak specjalistami (dr Katarzyna Kasia oraz prof. Magdalena Środa – obie filozofki specjalizują się w etyce oraz publicystyce, nie są natomiast znane z prac na temat historii filozofii).

Czy rzeczywiście mamy do czynienia z „dziełem monumentalnym”, jak chce ta druga? Czy tekst popularny, zaprojektowany na sukces rynkowy i tak prezentowany, można rozpatrywać w kategoriach monumentalizmu? Sprawdźmy.

Krzysztof Łapiński próbuje osadzić swój tekst w kulturze oralnej (choć to określenie w jego książce się nie pojawia), kulturze pamięci. Powołuje się przy tym na prowadzone w początkach XX w. badania nad funkcjonowaniem ludzkiej pamięci. Tymczasem badania takie, obejmujące ludzi zanurzonych w późno nowożytnej multimedialnej kulturze zachodniej, nic nie mówią o tym, jak funkcjonowała pamięć ludzi żyjących około 2500 lat temu. Zmiany społeczne, kulturowe czy technologiczne spowodowały, że nasze umysły działają zupełnie inaczej. Zwracał na to uwagę choćby Marshall McLuhan, ale przecież zmiany, jakie w umyśle i pamięci powodować miało pismo, krytykował już sam Sokrates w platońskim Fajdrosie. Łapiński nie zdaje sobie sprawy, jak wielki anachronizm popełnia. Stawia to jego warsztat naukowy oraz metodologię pod dużym znakiem zapytania.

Jest to jeden z najpoważniejszych błędów w tej książce, jednak ponieważ został popełniony na samym początku, rzutuje na całą dalszą lekturę.

W książce znajdziemy ponadto odwołania do różnych badań psychologicznych, społecznych, etnologicznych, a także do kultury współczesnej, Internetu i mediów społecznościowych oraz osobistych obserwacji i wspomnień Autora. Padają takie określenia jak „antyczny hejter”, które w moim odczuciu są rażące. Wszystko to na uproszczonym poziomie i niestety nie zawsze sensownie (jak choćby w przypadku przywołania zasady nieoznaczoności Heisenberga, które ostatecznie nie jest ani uzasadnione naukowo, ani dowcipne; kłania się Alan Sokal i jego „Modne bzdury”).

Uproszczenia są niezbędnym narzędziem w warsztacie popularyzatora, jednak stosowane nieumiejętnie, bez wyczucia, stają się obosiecznym mieczem. Starając się umieścić życie Sokratesa w odpowiednim kontekście, K. Łapiński pisze już to o wojnach perskich, już to o Atenach V w. p.n.e., już to demokracji ateńskiej, już to o filozofii presokratejskiej czy sofistach, a o wszystkim tym oczywiście w znacznych uproszczeniach. Oczywiście wszystkie te uproszczenia są niezbędne, czy jednak – odwracając pytanie – rzeczywiście niezbędne było opisywanie wszystkich tych kwestii? Czy w tych uproszczeniach nie zanadto rozmywa się zasadniczy temat książki? Tym bardziej, iż ze względu na brak źródeł Autor wielokrotnie musi odwoływać się do analogii, uogólnień czy wręcz spekulacji. A wszystkie te zagadnienia kontekstowe zostały już wielokrotnie opisane w innych opracowaniach, nierzadko znacznie lepiej. Może więc wystarczyłoby odesłanie czytelnika do odpowiedniej literatury? Tym bardziej, że w efekcie otrzymaliśmy opasły, pięciuset stronicowy tom, a dobra popularyzacja powinna cechować się m.in. zwięzłą formą. Takie pytania Autor powinien był sobie zadać pracując nad tą książką, bowiem również jej konstrukcja budzi wątpliwości.

Co do meritum, to nie ma niespodzianek. K. Łapiński streszcza i interpretuje przede wszystkim dialogi Platona, będące głównym źródłem do biografii „najmędrszego człowieka” w historii. Merytorycznie trudno stawiać uzasadnione zarzuty, biografia Sokratesa zrekonstruowana została dość sprawnie i wyczerpująco. Z drugiej strony jednak nie dowiadujemy się w tym zakresie w zasadzie niczego ponad to, co napisał już przed niemalże stuleciem w swoich komentarzach Władysław Witwicki. Brak tu jakichkolwiek nowych interpretacji, hipotez, pytań, ustaleń czy źródeł. Szkoda, gdyż nie ma zasady mówiącej, iż popularyzacja nie może być błyskotliwa.

Zastrzeżenia budzi podawanie niekiedy niekanonicznych – tak to nazwijmy – form tytułów dialogów Platona czy wręcz cytowanie wydań nieistniejących, co niespecjalistom, do których książka jest adresowana, bardzo utrudni ewentualne dotarcie do tekstu źródłowego. Przykładowo cytowany kilkukrotnie „Alkibiades Większy” nie jest dziełem Platona, a polski czytelnik takiego tekstu w ogóle nie odnajdzie. Chodzi bowiem o „Alkibiadesa I” Pseudo-Platona. Jednak ani Pseudo-Platona, ani tym bardziej żadnego Platońskiego „Alkibiadesa Większego” nie znajdujemy w zestawieniu bibliograficznym. Jest to kolejny powód, by bardziej krytycznie przyjrzeć się warsztatowi naukowemu K. Łapińskiego.

Tu dygresja: K. Łapiński zarzucił mi generalną nierzetelność w zasadzie w odniesieniu do każdego akapitu tej opinii. Jest to rozczarowujące, ale całkowicie psychologicznie zrozumiałe. Nikt nie lubi czytać krytycznych opinii o swoich dziełach. Jednym z przykładów mojej nierzetelności ma być powyższe wskazanie błędu, jakim jest powoływanie się na nieistniejące teksty, których opisy nie pojawiają się ani w bibliografii, ani w przypisach. W tym przypadku zresztą Łapiński zarzuca mi nie tylko nierzetelność, lecz także nieuctwo („błagam… tu jest dopuszczalna oboczność, a co do autorstwa - trwałją spory” – pisownia oryginalna). Tymczasem istnieje polski przekład tego tekstu: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4957792/alkibiades-i-i-inne-pisma i w przypadku opracowania popularnego to rozstrzyga sprawę. Dywagacje na temat dopuszczalnej oboczności mogą pojawić się w filologicznym tekście specjalistycznym, natomiast laikowi nie są do niczego potrzebne, a jedynie utrudniają odbiór i uniemożliwiają ewentualne odnalezienie tekstu oryginalnego. No i jak już wspomniałem, w każdej sytuacji czytelnikowi należy podać opis bibliograficzny dzieła, na które się powołujemy. A skoro już o przypisach bibliograficznych mowa, to one także są przez Łapińskiego źle konstruowane. Początkowo o tym nie wspominałem, ponieważ to akurat jest najmniejszy mankament tej książki, którego czytelnicy niespecjalistyczni prawdopodobnie nawet nie zauważą, no ale skoro już temat wypłynął...

Czy więc jest to „dzieło monumentalne”, jak chce M. Środa? Z akademickiego punktu widzenia – nie i owo pochlebne stwierdzenie uznać należy w najlepszym wypadku za nieporozumienie. Prezentowana biografia Sokratesa służyć może jako lektura uzupełniająca dla licealistów planujących studia humanistyczne, z tym wszakże zastrzeżeniem, iż wspomniane powyżej błędy, jakimi jest obarczona, mogą spowodować, że powoływanie się na wiedzę zaczerpniętą z tej książki w czasie egzaminu może skutkować jego oblaniem. Jest to przykład niezbyt udanej popularyzacji, co stwierdzam z niekłamaną przykrością. Przykrością tym większą, że nie mam wątpliwości, iż gdyby całość przeredagować, przebudować w sposób bardziej przemyślany strukturę książki, całość skrócić i poprawić błędy, efekt byłby godny pochwały. W obecnym kształcie ta książka jest nie tyle zła, co po prostu źle pomyślana i zaprojektowana, choć tkwi w niej niewykorzystany potencjał, który mógłby zostać uwolniony przez kompetentnego redaktora.


niedziela, 5 stycznia 2025

Z. Zaporowski, Mistrzowie, koledzy i przechodnie


Uniwersytecki Pudelek – tak chyba najkrócej można byłoby scharakteryzować książeczkę Z. Zaporowskiego. Jest to zbiór plotkarskich wspomnień o różnych nieżyjących już osobach, znanych Autorowi, najczęściej związanych z jego macierzystym Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Całość pisana jest językiem potocznym, kolokwialnym, co nie dodaje tekstowi waloru autentyczności, lecz wręcz przeciwnie, zdaje się świadczyć o braku ogłady i klasy Autora. Wystarczy zestawić „Mistrzów, kolegów i przechodniów” z „Dziennikiem” W. Czaplińskiego, o którym pisałem niedawno. Tam również znajdują się rzeczy kontrowersyjne, różnica klas jednak jest homeryczna.

Inna różnica polega na tym, że tekst Zaporowskiego jest kastrowany. W wielu fragmentach nazwiska pojawiających się w nich postaci zostały wykropkowane. Niezrozumiałe jest, w jakim celu dokonano takiego zabiegu. Jeśli Autor nie chciał pisać o tych osobach wprost, mógł po prostu pominąć odnośne fragmenty. Ocenzurowane zdania na ogół nie mają żadnego znaczenia dla merytoryki całości. Odnośne akapity byłyby bez nich całkowicie zrozumiałe, nie drażniłyby jednak czytelnika znakiem wielokropka w nawiasie kwadratowym.
 
Żeby poznać charakter tej książki, wystarczy przeczytać dwa cytaty. Pierwszy dotyczy Aleksandra Gieysztora: „Prof. Gieysztor to zadziwiająca postać w naszej nauce, zwłaszcza historycznej: człowiek napisał jedną książkę naukową, poza tym wstępy, przedmowy, a był uważany za wybitnego oraz wpływowego historyka” (s. 87). I drugi o Józefie Szymańskim, który po śmierci dbającej o niego żony „Zaczął nosić brudne koszule, bo nie miał pewnie mu kto wyprać. Także miał „cudowne”, nigdy nieprasowane spodnie, z licznymi otworami w okolicach kieszeni i nie tylko tam, co wyglądało, jakby Profesor kiepował pety na ubraniu (…) W Instytucie zaczęto nawet lansować jego nową ksywkę Brudny Harry” (pisownia oryginalna, s. 97-98). I tak przez całe 230 stron.
 
Co znamienne, Zaporowski pisze tyleż o ludziach, których wspomina, ile o samym sobie. Konstrukcja tych nekrologów, jak sam je we wstępie nazywa, wygląda mniej więcej tak: „Kiedy spotkałem X, robiłem to i to. Odegrał on taką a taką rolę w moim życiu” (zamiast po prostu: „X był tym a tym”).
 
Jeśli lubiliście skecze Ewy Szumańskiej z cyklu „Będąc młodą lekarką”, to bez wahania możecie sięgać po tę książeczkę, ponieważ jest ona utrzymana w podobnym duchu. Ja nawet potrafię sobie wyobrazić słuchowisko rozpoczynające się od słów: „Będąc młodym adiunktem przyszedł do mnię Zygmunt Mańkowski…”. Niestety, owe komeraże Zaporowskiego po prostu trudno jest omawiać na poważnie.
 
Pracowałem na Wydziale Humanistycznym UMCS przez 9 lat, dzięki czemu poznałem wiele osób pojawiających się na kartach tej książki, a także jej Autora. Odchodziłem stamtąd bez żalu, bo i mnie wyrządzono tam wiele świństw. Nie mam do tej uczelni żadnego sentymentu. No ale żeby pisać o tym książkę…? A mam nieprzeparte wrażenie, że głównym celem tej pisaniny było opowiedzenie wszem wobec o podłościach, które spotkały Autora ze strony uniwersyteckich kolegów.
 
Z. Zaporowski, Mistrzowie, koledzy i przechodnie, Brzezia Łąka 2024

niedziela, 29 grudnia 2024

W. Czapliński, Dziennik z lat 1958-1981

„Trzeba starać się o prawdę, chociażby nawet przykrą” – to zdanie, zanotowane przez Władysława Czaplińskiego pod koniec życia, w 1979 r., mogłoby stać się mottem jego „Dzienników”. Czytałem już wiele książek wspomnieniowych, autobiografii, dzienników i pamiętników. Większość z nich była przez autorów cyzelowana, gładzona i pudrowana. W dziele Czaplińskiego tych zabiegów nie ma. Jest w nim prawdziwe życie ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, dorodnością i chropowatościami.
 
Czapliński nie owija w bawełnę, nie upiększa rzeczywistości, przedstawia ją w całej brutalności politycznych gierek, uniwersyteckich rozgrywek, knucia intryg, wzajemnych niechęci, animozji, obrażania się i poczucia urazy, różnego rodzaju układów – towarzyskich, zawieranych z władzą oraz współzależności władzy ze środowiskiem naukowym. Wszystko to opisane bez znieczulenia i bez upiększania. 
 
Wielu znanych historyków pojawia się tu przedstawionych w niekorzystnym świetle (tak, nasi mistrzowie pisywali słabe doktoraty i habilitacje, bywali leniwi i nieproduktywni, a czasem bywali także marnymi ludźmi i miewali różne słabości oraz bywali małostkowi). Całość jest dość skandalizującym dokumentem życia naukowego pierwszych trzydziestu pięciu lat PRL („Dziennik”, pisany od 1958 r., zawiera też wspomnienia wcześniejsze, sięgające 1945 r.). Wielkie wyrazy uznania należą się wydawcy tekstu, doktorowi Tomaszowi Siewierskiemu, który podjął decyzję o publikacji „Dziennika” w całości, bez cenzorskich skrótów.
 
Sportretowane zostało głównie naukowe środowisko wrocławskie i częściowo także warszawskie, ale możemy chyba zakładać, że nie były one diametralnie różne od pozostałych polskich ośrodków naukowych.
 
Czapliński daje się poznać jako człowiek nauki, głęboko jej poświęcony, choć żyjący w nieidealnym świecie. Równocześnie sam jednak niejednokrotnie sprawia wrażenie osoby oschłej, niezbyt przyjemnej, kostycznej, drażliwej, a przy tym bezkompromisowo weredycznej.
 
„Dziennik” to arcyciekawa lektura dla wszystkich zainteresowanych historią historiografii, polskiej nauki oraz rolą w niej ośrodka wrocławskiego. A ileż tu dotyczących go smaczków!
 
Gdybym miał kusić się na jakieś porównania, wskazałbym na nieco podobne w charakterze, choć nie aż tak jędrne pamiętniki Stefana Kieniewicza (S. Kieniewicz, Pamiętniki, do druku przygotował J. Kieniewicz, Kraków 2021).
 
Jako suplement podaję top 3 najgorszych pamiętników historyków, jakie czytałem:
 

1. Barański M., Wspomnienia 1943-1989, Warszawa 2020
 
 
W. Czapliński, Dziennik z lat 1958-1981, red. T. Siewierski, Warszawa 2024

 

czwartek, 14 listopada 2024

M. Delimata-Proch, Rycheza królowa Polski (ok. 995-21 marca 1063)


Jest to książka całkowicie i absolutnie wspaniała. Wspaniała nawet nie tyle ze względu na opowieść biograficzną na temat jej bohaterki (spoiler alert: o Rychezie wiemy bardzo mało), co przede wszystkim warsztatowo i metodycznie. Autorka jednoznacznie i bez wahania rozprawia się z różnymi historiograficznymi fantazjami tworzonymi przez polskich (ale także niemieckich) historyków, poczynając od Adama Naruszewicza aż po Grzegorza Paca, Przemysława Wiszewskiego czy Klaudię Dróżdż, a formułowanymi wbrew wymowie źródeł czy też wielokrotnie w ogóle bez żadnej podstawy źródłowej. Dla amatorów historii wywody te mogą być nużące, ale zawodowi historycy będą czytać (o ile jeszcze nie czytali) z wypiekami na twarzach.
 
M. Delimata-Proch, Rycheza królowa Polski (ok. 995-21 marca 1063). Studium historiograficzne, Kraków 2019

środa, 6 marca 2024

K. Maliszewski, Droga chłopaka z Rudnik na Uniwersytet Mikołaja Kopernika


Bardzo lubię książki autobiograficzne i wspomnieniowe. Kolekcjonuję wspomnienia polskich historyków i na bieżąco uzupełniam ich bibliografię. Niektóre są świetne, inne grafomańskie. Wspominki K. Maliszewskiego niestety należą do tej drugiej kategorii. Raczej nie polecam.


Autor nie ma zbyt wiele ciekawego do opowiedzenia, więc strasznie wszystko rozciąga, naciąga i przeciąga. Opisy "śmiesznych kawałów", które robili sobie z kolegami w czasach studenckich, po prostu żenują, nie śmieszą. Zresztą skoro trzeba czytelnika uprzedzać, że teraz nastąpi opis "śmiesznego kawału", to znaczy, że wcale nie jest on śmieszny. Całość, a szczególnie sam bohater książki, robi wrażenie konstruktu wyjątkowo sztucznego, nierzeczywistego. Maliszewski prześlizguje się przez rzeczywistość PRL jak aniołek przez bramy piekielne, napędzany wyłącznie idealistycznym umiłowaniem zdobywania wiedzy. I to jest główny czy w zasadzie jedyny motyw tej książki: rozpisane na prawie 200 stron jedno zdanie: "zawsze bardzo chciałem się uczyć". Nie ma socrealizmu, cała rzeczywistość materialistyczna jest pomijalnym dodatkiem, jest tylko autor zawieszony w świecie platońskich idei, otoczony ludźmi-półbogami (tak, wszystkie pojawiające się tu osoby, od szkolnych kolegów aż po profesorów UMK, to "przyjaciele", wszyscy są znakomici, genialni, dobrzy, uczynni, zdolni, pracowici itd., itp., etc.). Maliszewski wymyślił sobie świat bez wad. A nie przepraszam, ma jedną wadę, a mianowicie taką, że przemija. Takiego gniota nie czytałem od czasu "Wspomnień" Marka Barańskiego. Całość aż razi sztucznością.
 
K. Maliszewski, Droga chłopaka z Rudnik na Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Wspomnienia, Toruń 2023

środa, 16 sierpnia 2023

N. Davies, Sam o sobie


Ponieważ znam inne książki Normana Daviesa, do tej początkowo nastawiony byłem sceptycznie. Niesłusznie, jak się okazuje. To jest kawał niezłej literatury naszpikowanej różnymi ciekawostkami i anegdotami oraz pełnej interesujących informacji o życiu codziennym Autora i generalnie Brytyjczyków. 
 
Co ciekawe jednak, choć w założeniu jest to książka non-fiction, to momentami do złudzenia przypomina powieści akademickie Davida Lodge’a czy Malcolma Bradbury’ego. Podobnie jak w przypadku bohatera jednej z nich, życie N. Daviesa zmieniło się radykalnie na lepsze z powodu opublikowania jednej tylko, debiutanckiej książki. Bohater powieści po wydaniu (miernej) monografii błyskawicznie awansuje społecznie i ekonomicznie, za honoraria kupując dom w lepszej dzielnicy. Norman Davies po wydaniu książki o wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920 r. zrobił natychmiastową karierę międzynarodową, jeżdżąc po całym świecie z wykładami na temat historii Polski jako jedyny, rozchwytywany ekspert w tej dziedzinie. 
 
Przełom lat 60. i 70. XX wieku to naprawdę były inne czasy. Dziś możemy tylko pozazdrościć. Ja na opublikowaniu kilkunastu już książek nie zarobiłem nawet tyle, żeby zwróciło mi się za kserówki.

piątek, 2 grudnia 2022

Michał Spandowski

Kolejna smutna wiadomość. Zmarł Michał Spandowski, z wykształcenia filolog klasyczny, od 1966 r. pracujący w Zakładzie Starych Druków Biblioteki Narodowej, wybitny znawca inkunabułów. Znamy go jako autora wielu opracowań z zakresu inkunabulistyki, a także katalogów inkunabułów i starych druków, w tym jako współautora drugiego tomu ”Inkunabułów w bibliotekach polskich” (1993) czy opracowania „Bibliotheca rediviva (XVI-wieczne druki z dawnych bibliotek Stargardu), Szczecin 2021. Zajmował się także dokumentowaniem zbiorów poloników zagranicznych („Katalog starych druków biblioteki Papieskiego Kolegium Polskiego w Rzymie”, Warszawa 2010; „Aldines in libraries of Ukraine catalogue”, Warszawa 2012; „Katalog poloników biblioteki Pontificia Università Urbaniana”, Warszawa 2012). Michał Spandowski był członkiem Komitetu Naukowego konferencji „Explicitus est liber - dziedzictwo sztuki drukarskiej do roku 1800” (17-18 listopada 2022, Biblioteka Naukowa PAU i PAN w Krakowie), w programie której znajduje się jego referat „O mądre gromadzenie starych druków”.
 
Relacja z  pogrzebu Michała Spandowskiego: https://youtu.be/64wj7pmvoEY

Profesor Barbara Bieńkowska

Dotarła do nas bardzo smutna wiadomość. 3 listopada 2022 r. zmarła Pani Profesor Barbara Bieńkowska, uczona zajmująca się badaniami nad historią książki oraz historią kultury i nauki. Pełniła funkcję dyrektorki Instytutu Bibliotekoznawstwa i Informacji Naukowej Uniwersytet Warszawski. Była współzałożycielką i prezeską Polskie Towarzystwo Bibliologiczne Oddział Warszawski. W latach 1975-1993 redagowała czasopismo "Z Badań nad Polskimi Księgozbiorami". Autorka m.in. książek "Kronika Emeryka Węgra (1516-1531) jako źródło Wapowskiego" (1969), "Kopernik i heliocentryzm w polskiej kulturze umysłowej do końca XVIII wieku" (1971), "Staropolski świat książek" (1976), "Zarys dziejów książki" (1987, wspólnie z H. Chamerską), "Books in Poland" (1990, wspólnie z H. Chamerską) oraz wielu opracowań bibliotekoznawczych.
 
Fot. Elżbieta Maruszak

sobota, 5 marca 2022

F. Kubiaczyk, Cesarz Karol V

Uzależnienie emocjonalne? Toksyczny związek? Jakie wzajemne więzi istniały pomiędzy cesarzem Karolem V a królem Francji Franciszkiem I?

Ten ciekawy problem z pogranicza historii i psychologii historycy rozważali już od XVII wieku. Biorąc pod uwagę opracowania dostępne w języku polskim, najobszerniej zagadnienie to opisywał Manuel Fernández Álvarez w książce Cesarz Karol V (Warszawa 2003). Podobna analiza znajduje się także w książce Filipa Kubiaczyka (Cesarz Karol V. Klęska polityki, triumf idei, Oświęcim 2017, s. 146-154). W mojej ocenie jednak podsumowanie to z różnych względów jest niezbyt trafne.

Wyraźnie dostrzegalne jest, że sympatia historyka zdecydowanie ulokowana jest po stronie bohatera jego monografii, co widać np. w cytacie: „Karol V uosabia klasyczne myślenie o polityce jako realizacji dobra wspólnego. W takim ujęciu polityka ma wymiar jednoznacznie pozytywny etycznie. Franciszek I natomiast wyraża nowożytny sposób uprawiania polityki, która nie jest już wyłącznie domeną dobra, lecz staje się areną walki o zdobycie i utrzymanie władzy. Teraz najważniejsza staje się skuteczność, a zapewnić ma ą zasada «cel uświęca środki»”. Subiektywizm, na który nie powinni pozwalać sobie autorzy rozpraw naukowych, niekorzystnie odbija się na prezentowanych interpretacjach.

Filip Kubiaczyk nie rozumie należycie roli politycznej, jaką w XVI-wiecznej Europie odgrywała osmańska Turcja. Pisze on, iż sojusz króla Francji z Imperium Osmańskim łamał „tradycje chrześcijańskiej Europy”. Nie jest to ocena uzasadniona, co wyjaśniam w swojej książce o wojnach włoskich. Niecelna wydaje się również ocena panowania Franciszka I, którego, według tegoż autora, „aspiracje do hegemonii wynikały z myślenia o Francji jako imperium, które nie musi uznawać żadnej najwyższej władzy świeckiej”. Sądzę, że konflikt walezyjsko-habsburski lepiej można zrozumieć i opisać spoglądając nań w kontekście „pułapki Tukidydesa” niż przykładając do niego wybierane arbitralnie miary etyczne.

W sumie jest to dość interesująca książka, ale nie pozbawiona poważnych mankamentów.
 
F. Kubiaczyk, Cesarz Karol V. Klęska polityki, triumf idei, Oświęcim 2017

K. Brandi, Cesarz Karol V

Z praktyk wydawniczych polskich wydawców komercyjnych.


W 2016 r. oświęcimskie Wydawnictwo Napoleon V opublikowało polski przekład biografii cesarza Karola V pióra niemieckiego historyka Karla Brandiego. Jest to jedno z podstawowych opracowań tematu, ale nie do tego chciałbym się odnieść w tym wpisie. Chodzi bowiem o dwie kwestie edytorskie. Po pierwsze, czytelnik tej książki nie dowie się, jaka edycja stanowiła podstawę przekładu. Dzieło powstało oryginalnie w języku niemieckim, zaś jego polski tłumacz, Miłosz Młynarz, na swoim profilu w serwisie LinkedIn pisze o sobie tak: „Biegle znam rosyjski i angielski, podstawowo na razie francuski, szwedzki, czeski, słowacki, norweski i włoski”. Ani słowa o niemieckim. Mamy więc podstawy obawiać się, że otrzymaliśmy przekład przekładu (prawdopodobnie angielskiego). Po drugie zaś, pierwsze wydanie dzieła Brandiego ukazało się osiemdziesiąt lat temu (Kaiser Karl V. Werden und Schicksal einer Persönlichkeit und eines Weltreiches. 2 Bände, Bruckmann, München 1937-1941). Tej informacji jednak wydawca niestety również nie podaje. Jestem przekonany, że dobrą praktyką jest informowanie czytelnika, czy opracowanie, które bierze do ręki, reprezentuje aktualny stan badań, czy też jest to książka przynajmniej częściowo zdezaktualizowana. Napoleonie, nie bądź Pietruszczakiem!

Zdaję sobie sprawę, że podobny zarzut można postawić wydaniu mojego przekładu „Księcia Witolda” Karla Heinla, niemniej ze swej strony starałem się informować czytelnika, kim był autor tej książki i kiedy ona powstała. Tym goręcej jednak apeluję do wydawców o wdrażanie dobrych praktyk.
 
K. Brandi, Cesarz Karol V. Powstanie światowego imperium, Oświęcim 2016

poniedziałek, 28 maja 2018

Bibliotekarz margrabiów Wielopolskich

„(…) [Margrabiowie Wielopolscy] strzegli biblioteki jak jakiego sezamu, nie pozwalali z niej korzystać żadnym naukowcom, nikogo do tych skarbów nie dopuszczali, a i sami nie zajrzeli. Jedyny wyjątek stanowił młody student, który dostał u nich posadę bibliotekarza i za marną pensyjkę katalogował zbiory. On jeden w całym pałacu kochał te książki, jemu jednemu na nich zależało. Nic dziwnego, że najcenniejsze egzemplarze poukrywał, jak mógł, upychając je w rozmaitych zakamarkach, schowkach i skrytkach, a potem z rozpaczą w oczach patrzył na Julka, jak mu po kolei wszystkie te kryjówki wynajdował i opróżniał [w czasie rekwirowania mienia po II Wojnie Światowej]. Na koniec Julek dopilnował zapakowania książek do wielkich skrzyń, poprosił bibliotekarza na bok i powiedział: ‘Niech no pan przyjdzie i pożegna się z nami, kiedy będziemy się stąd zabierali’. Bibliotekarz przyszedł i nie rozczarował się, bo Julek kazał skrzynię z najcenniejszymi książkami, tymi ze schowków, postawić na brzegu ciężarówki i kopnął ją, kiedy odjeżdżali. Zostawił mu je na pamiątkę. Ten student nazywał się Gerard Labuda”.

J. Dehnel, Lala, Warszawa 2006, s. 264-265.

Gerard Labuda (1916-2010). Jego żoną była Alberta Maria Teresa Wielopolska.

Zdjęcie pochodzi ze strony http://gerardlabuda.pl/gallery/5

Józef Garbacik we wspomnieniu Heleny Bienieckiej

„(…) Garbacik to był mój ukochany nauczyciel. Nauczyciel historii. Niesłychanie inteligentny człowiek, potem był profesorem, chyba w Krakowie, ale nie jestem pewna; niedawno umarł, bo czytałam notę w ‘Przekroju’. Też sobie trochę pożył. A nie wyglądał, jakby miał tyle żyć. Z prostej rodziny, dopiero co zrobił studia, chudy jak patyk, bidny jak mysz kościelna, chodził zawsze w tym samym garniturze z przydługimi, wypchanymi na kolanach nogawkami, które mu się układały w takie fałdki, w obwarzanki. Kiedyś, pamiętam, siedziałyśmy w klasie przed jego lekcją i narysowałam na tablicy jego karykaturę, takiego zabiedzonego, z tymi obwarzankami. Wszedł, zobaczył, uśmiechnął się, po czym powiedział: ‘Rzeczywiście, to już przesada, te spodnie są naprawdę złachane’, i od tego czasu chodził do szkoły w jedynym odświętnym ubraniu. Boże, jak ja go przepraszałam, jak myśmy go wszystkie prosiły, zaklinały… ale nie, uparł się. Strasznie mi było głupio, strasznie głupio… Kiedyś, pamiętam, postanowiłam na pierwszego maja założyć coś prowokacyjnego, czerwonego, a że nie miałam nic zupełnie czerwonego, to założyłam chustkę w białe grochy. Garbacik wszedł, popatrzył na mnie i powiedział: ‘Ależ pani wykazała bohaterstwo… no, no. Na moją lekcję włożyć czerwoną chustkę! I to w białe grochy! Na moją lekcję’. A on socjalizował – uzupełnia babcia – no i równolegle trochę popierał Mussoliniego, bo był we Włoszech i opowiadał nam o robotach państwowych. ‘Jak ktoś tych leniwych Włochów zapędził do roboty – mówił – to już jest wielki człowiek. Bagna pontyjskie osuszył, drogi pobudował, porządek wprowadził…’ Potem mu to przeszło. Tak czy owak, uczył znakomicie, każdą z nas potrafił zachęcić do pracy… miałyśmy w klasie taką dziewczynę, którą wszystkie nazywałyśmy Śledziarą, bo strasznie cuchnęła śledziami, nie wiadomo czemu… Niby czysta, umyta, a zawsze te śledzie… lotna zanadto nie była. I wyobraź sobie, kiedyś Garbacik ją pyta, a ona coś tam duka, jąka się. Skończyła, a on mówi: ‘Pani… - jak jej tam było… no, nieważne – Iksińska. Pani Iksińska rozważyła tę sprawę z bardzo interesującej perspektywy…’ I od tego dnia Śledziara wkuwała historię, ile wlezie. Z innych przedmiotów miała nadal pałki, ale z historii twardo piątka za piątką. Świetny nauczyciel (…)”.

J. Dehnel, Lala, Warszawa 2006, s. 135-137.

Józef Garbacik (1907-1976). Przed II Wojną Światową pracował jako nauczyciel w gimnazjach w Krakowie i Kielcach.

Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.dhkielce.zhp.pl/kronika/mur/boh99.html

poniedziałek, 9 marca 2015

Mercurino Gattinara


Portret Mercurino Gattinary pędzla Jana Cornelisza Vermeyen (ok. 1530)

„Jeżeli zaś JKM zechce, by monitorium to zostało wykonane powiesz, że kardynał de Gattinara, kanclerz cesarza, który przygotował z jego polecenia ten dokument, usilnie prosi JKM, by w uznaniu służb i zasług, które jemu z całym oddaniem świadczył, z których korzystał zarówno sam król, jak i królowa, by zatem przyznać mu tę łaskę i oddać mu dożywotnio dochody arcybiskupstwa gnieźnieńskiego, by mógł z nich czerpać stosownie do łaskawości JKM. Prosi także Gattinara królową, by raczyła poprzeć jego prośbę u króla, on zaś po uzyskaniu tej łaski ofiarowuje swoje usługi w przyszłości (spodziewa się zatem, choć jest już dobrze stary, postępować dalej po stopniach starości), przyrzekając być w przyszłości dobrym przyjacielem królowi i królowej oraz ich sprawom. Przesyła za moim pośrednictwem listy uwierzytelniające w tej sprawie. Ze swej strony dodaje, że jeśli JKM zechce, by monitorium zostało wykonane, arcybiskupa gnieźnieńskiego należy całkowicie zdjąć z urzędu”. Jan Dantyszek w liście z 17 marca 1530 roku do brata Bernarda o staraniach kardynała Gattinary o usunięcie Jana Łaskiego z arcybiskupstwa gnieźnieńskiego (AT XII, nr 65).

O kanclerzu cesarza Karola V zob. więcej: M. Penna, Mercurino Arborio de Gattinara gran canciller del César. Ponencia, Madrid 1958; Mercurino Arborio di Gattinara, Gran Cancelliere di Carlo V. 450° anniversario della morte 1530-1980. Atti del convegno di studi storici, Gattinara, 4-5 ottobre 1980, [Gattinara 1982]; J.M. Headley, The emperor and his chancellor. A study of the imperial chancellery under Gattinara, Cambridge 1983; U. Czernin, Gattinara und die Italienpolitik Karls V. Grundlagen, Entwicklung und Scheitern eines politischen Programmes, Frankfurt an Main 1993; Carlo V e Mercurino di Gattinara suo Gran Cancelliere. Convegno internazionale 9-11 giugno 2000, Malta Forte Sant'Angelo, Malta [2001]; I. Kodek, Der Grosskanzler Kaiser Karls V. zieht Bilanz. Die Autobiographie Mercurino Gattinaras aus dem Lateinischen übersetzt, Münster 2004; M.R. Rodríguez, Gattinara. Carlos V y el sueńo del imperio, Madrid 2005. 

Portret kanclerza: Wikimedia Commons.