Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lipca 2025

T. Phillips, J. Elledge, Spisek. Czyli kto nam wszczepia czipy i inne popie***one teorie


Zasadniczo bardzo polecam całą tę książkę.

„Albo raczej: prawdopodobnie tak to wyglądało. Mniej więcej. Nie wiemy tego na pewno, ponieważ jednym z efektów ubocznych upadku administracji centralnej jest zwykle zmniejszenie liczby osób zapisujących różne rzeczy. Dlatego w sporych częściach Europy wiemy o tych stuleciach mniej niż o poprzedzającym je okresie rzymskim czy późniejszym średniowieczu. Ten niedostatek źródeł pisanych skłonił niektórych późniejszych uczonych do nadania okresowi po upadku Rzymu nazwy - obecnie bardzo niemodnej - „wieki ciemne”, bo dosłownie nie mogli zobaczyć, co się wówczas działo. Tak czy inaczej, jedną z cech charakterystycznych cywilizacji jest to, że zostawiają po sobie zapisy, a kiedy upadają, trop zwykle się urywa, ponieważ każdy ma ważniejsze zmartwienia. Dlatego jedna szkoła naukowa nie dostrzega niczego zaskakującego ani podejrzanego w tym, że istnieją takie luki w źródłach pisanych.
 
Istnieje jednak inna szkoła, która ma konkurencyjne wyjaśnienie braku zapisów ze stuleci po upadku Rzymu. Oto ono:
 
Tych stuleci nigdy nie było.
 
W porządku, jasne, Rzym upadł i powstała luka przed początkiem średniowiecznej Europy z jej rycerzami i rycerskością oraz irytującymi długimi wierszami o tym, że najbardziej romantyczną rzeczą, jaką można zrobić, jest nieuprawianie seksu. Tyle że zgodnie z tą teorią rok 1000 nastąpił nie tysiąc lat po standardowo przyjętej dacie narodzin Chrystusa, ale 703 lata później. Około 300 lat europejskiej historii po prostu nigdy się nie wydarzyło.
 
Hipoteza czasu widmowego, jak wiadomo, została opublikowana w 1694 roku, wedle jej własnego kalendarza - lub, według tego powszechnie znanego, w 1991 roku. Jest dziełem Heriberta Illiga, niemieckiego pisarza i wydawcy, który przez większą część swojej kariery tworzył lub promował prace poświęcone historii rewizjonistycznej. Ale ma ona także innych zwolenników, wśród nich technologa Hansa-Ulricha Niemitza, który w 1995 roku opublikował artykuł zatytułowany Hat das dunkle Mittelalter nie existiert? [Czy wczesne średniowiecze nigdy nie istniało?] - klasyczny przykład tego, co można nazwać podejściem: „Hej, tylko pytam”.
 
Według nich dowodem na poparcie tej hipotezy jest niedostatek archeologicznych znalezisk, wiarygodnie datowanych na wspomniany okres, i ograniczenia innych metod, takich jak na przykład datowanie radiometryczne czy dendrochronologia (czyli przyglądanie się słojom drzew). Zwracają oni uwagę na dziwną lukę w historii społeczności żydowskich, które jakby znikają z zapisów we wczesnym średniowieczu, po czym pojawiają się znowu około roku 1000, oraz na to, że rozwój wszystkiego, od metod rolniczych czy wojskowych po sztukę mozaikową i doktrynę chrześcijańską, jakby zatrzymał się na kilka stuleci. Wskazują, że właśnie w tym czasie Konstantynopol przestał wznosić wielkie budowle i że wiek kaplicy katedry w Akwizgranie, wzniesionej około 800 roku i wyposażonej w różnego rodzaju pomysłowe rozwiązania, jak łuki i sklepienia, wydaje się o jakieś dwieście lat zawyżony.
 
Ponadto zauważają, że znaczna część wiedzy o tym okresie pochodzi z tego, co napisano o nim później. Oznacza to, że ktoś gdzieś mógł sfabrykować kłamstwa na temat jego istnienia. Na przykład koalicja władców - papieża Sylwestra II, cesarza Ottona III i cesarza bizantyńskiego Konstantyna V - którzy w latach poprzedzających przełom pierwszego tysiąclecia zawiązali spisek, by namieszać w kalendarzu, ponieważ uznali, że znacznie fajniej i seksowniej będzie rządzić w tysięcznym roku po Chrystusie, a nie w 703, i po prostu wymyślili szmat dziejów, łącznie z pierwszym cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Karolem Wielkim.
 
Koronny argument fanów czasu widmowego wiąże się jednak z mierzeniem samego czasu. Kalendarz juliański, wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 roku p.n.e. i stosowany przez mniej więcej 1600 lat, proponuje prosty cykl trzech zwykłych lat, po których następuje rok przestępny, co daje średnią długość roku 365,25 dnia. To jednak nieco więcej niż 365,24219 dnia, w którym to czasie Ziemia okrąża Słońce - co oznacza, że co 128 lat w kalendarzu juliańskim przybywa jeden dzień. Pod koniec XVI wieku powinno być już trzynaście dni. Ale kiedy astronomowie pracujący dla papieża Grzegorza XIII zajęli się reformą kalendarza, stwierdzili, że nadwyżka wynosi tylko dziesięć dni. Papieski dekret, zgodnie z którym po czwartku czwartego października 1582 roku nastąpił piątek piętnastego października 1582, wystarczył do „naprawienia" kalendarza.
 
Wiecie, co może wyjaśnić tę rozbieżność? Założenie, że od narodzin Chrystusa minęły nie 1582 lata, ale zaledwie 1285 lat.
 
Innymi słowy: że mniej więcej trzy wieki historii nigdy się nie wydarzyły.
 
Zatem na pierwszy rzut oka hipoteza czasu widmowego wydaje się pasować do tej poszlaki i do niejasnego poczucia, że to trochę dziwne, że w historii jest kilka wieków, o których w zasadzie nic nie wiemy. I czy rzeczywiście możemy być pewni, że Cezar i Jezus Chrystus żyli naprawdę 2000, a nie 1700 lat temu? W końcu znany nam dziś kalendarz nie był stosowany aż do około 800 roku, mniej więcej do czasu, kiedy powstawały łuki w Akwizgranie. Pozostają nam tylko słowa dawno zmarłych autorytetów.
 
A jeśli te autorytety się myliły? A jeśli nawet kłamały? Czy możemy być pewni? Czy możemy kiedykolwiek naprawdę wiedzieć?
 
Cóż, tak, możemy. Hipoteza czasu widmowego to bzdura. Ma odrobinę sensu tylko wtedy, gdy skupicie się wyłącznie na Europie Zachodniej, gdzie upadek Rzymu zostawił paskudną lukę w zapisach. Gdzie indziej - w Chinach dynastii Tang, w Persji Abbasydów i w pozostałej części świata islamskiego, który zaczął się rozwijać dopiero w VII wieku - historia toczyła się w szybkim tempie. To samo dotyczy Bizancjum, następcy cesarstwa wschodniorzymskiego, które trwało aż do 1453 roku, nawet jeśli nie zawsze wznosiło w Konstantynopolu tyle wspaniałych budowli, ile według dzisiejszych co bardziej cynicznych obserwatorów powinno tam być. Hipoteza ta wymaga również zignorowania dowodów astronomicznych, na przykład zaćmienia Słońca odnotowanego przez Pliniusza Starszego w 59 roku n.e. i świadczącego, że wydarzenia starożytności są dokładnie tak odległe w czasie, jak można się tego spodziewać.
 
Co zaś się tyczy przejścia z kalendarza juliańskiego na kalendarz gregoriański, to nigdy nie miało ono na celu zresetowania kalendarza do 45 roku p.n.e., czyli do czasu wprowadzenia go przez Juliusza Cezara, ale chodziło o przywrócenie go, po przyjęciu przez Kościół katolicki, do stanu, w jakim był podczas soboru nicejskiego w 325 roku. Astronomowie papieża Grzegorza XIII skorygowali kalendarz o dziesięć dni, nie o trzynaście, ponieważ próbowali poradzić sobie tylko z dwunastoma, a nic z szesnastoma stuleciami różnicy. Nie jest to problem, który wymagałby rozwiązania.
 
Stwierdzenie, że ogromna liczba ludzi podpisuje się pod tą teorią spiskową, byłoby dalekie od prawdy: niewielu youtuberów, którzy ślęczą nad zabójstwem JFK lub najnowszymi wypowiedziami Q, wydaje się zaniepokojonych, że cesarz Otton III mydlił nam wszystkim oczy. Hipoteza czasu widmowego mówi nam jednak coś o działaniu teorii spiskowych. Bierze garść „faktów" - jedne są ścisłe, ale całkowicie wytłumaczalne, inne po prostu błędne - i łączy je w pozornie przekonującą narrację. Jeśli jesteście Amerykanami lub zachodnimi Europejczykami, z mizerną znajomością historii, hipoteza może wydawać się wam prawdziwa. Jedyny problem w tym, że prawdziwa nie jest” (s. 260-264).

wtorek, 5 grudnia 2023

Humanistyka vs. nauki ścisłe

Jak przedstawiciele nauk ścisłych postrzegają humanistów? Ano właśnie tak. To nie system, w którym polonista czy historyk muszą konkurować o grant z matematykiem czy fizykiem jest zły, źli są roszczeniowi humaniści. Zły nie jest system zaprojektowany przez ścisłowców i dla ścisłowców, w który siłą upycha się także nauki humanistyczne; źli są negujący taką konkurencyjność humaniści. To przykre, że prof. Nowotnemu takie głupstwa przeszły przez usta, ale ta wypowiedź pokazuje, jak wielkie jest pęknięcie pomiędzy humanistyką a naukami ścisłymi i jak bardzo ścisłowcy nie rozumieją humanistyki, ale także systemu nauki, który został zaprojektowany głównie dla nich. Jak mówi porzekadło, syty głodnego nie zrozumie.

W wywiadzie tym zresztą jest więcej nieścisłości i braku logiki. Prof. Nowotny mówi m.in.: „Formułowanie kolejnych apeli o zwiększenie finansowania nauki będzie uczciwe i będzie miało sens tylko wtedy, gdy jednocześnie środowisko poda konkretne, odważne pomysły i plany, co zmienić, by jakość uprawianej w kraju nauki się poprawiła”. Ale w innym miejscu podaje przykład Hiszpana, "który badał egzotyczne organizmy, żyjące w słonych mokradłach na południu Hiszpanii" i dzięki temu "odkrył powtarzające się sekwencje w DNA, które okazały się tzw. CRISPR-em [skrót od Clustered Regularly Interspaced Short Palindromic Repeats]. Jest to system obrony bakterii przed obcym, np. wirusowym, DNA. Ów CRISPR to absolutny przełom w biotechnologii. Umożliwia bowiem „naprawianie” genów powodujących choroby. A zatem niszowe badania podstawowe, inicjowane ciekawością badawczą, zaowocowały nieprawdopodobnym postępem w pracach czysto aplikacyjnych o ogromnym znaczeniu dla współczesnej medycyny". Według logiki Nowotnego tenże Hiszpan, żeby dostać pieniądze na owe niszowe badania, powinien był najpierw przedstawić konkretne pomysły, co zamierza odkryć. Tak, ja rozumiem, że pieniędzy nie powinno się wydawać bez sensu i że w każdym systemie są dziury, przez które fundusze wyciekają. Ale po pierwsze, kiedy humaniści krytykują obecny system i próbują proponować zmiany, to się im odpowiada, że "negują konkurencyjność", a po drugie brakuje mi tu zrozumienia, że nauka rozwija się w sposób probabilistyczny, zaś odkryć nie można zadekretować decyzją administracyjną. Mało tego, w dobrze zaprojektowanym systemie funkcjonowania nauki powinny być przewidziane także środki na finansowanie takich badań, o których z góry wiadomo, że to ślepa uliczka. Bo tak działa nauka, jak w przypadku owego Hiszpana, a nie tak, jak się wydaje Nowotnemu, że wszystko da się zalgorytmizować. Nauka nie rozwija się według konkretnie ustalonych planów i nie polega na odhaczaniu kolejnych punktów na checkliście. To jest lekcja, której ścisłowcy, jak widać, nadal nie odrobili.
 

środa, 29 listopada 2023

Recenzenci

 

10 dni temu chwaliłem się pozytywnymi recenzjami, które otrzymał mój artykuł. Dla równowagi tym razem recenzja negatywna, a dzielę się nią, bo to jedna z najbardziej niemądrych recenzji, jakie kiedykolwiek mi napisano.

Rzecz dotyczy referatu wygłoszonego na konferencji i zgłoszonego do publikacji w książce pokonferencyjnej. Tymczasem na wstępie Recenzent zarzuca mi, że referat konferencyjny zbytnio przypomina referat, tylko opatrzony przypisami. Bardzo chciałbym się dowiedzieć w takim razie, co powinien przypominać referat, skoro broń Boże nie powinien to być referat?
 
Najśmieszniejszy jest zarzut drugi. Otóż Recenzent, który sam z angielszczyzną jest na bakier, po przejrzeniu mojego tekstu (napisanego po angielsku) zarzuca mi popełnianie błędów językowych i posługiwanie się kalkami z polskiego. Tymczasem „old print” jest kanonicznym określeniem starego druku, wystarczy zajrzeć do dowolnego słownika lub dowolnej anglojęzycznej publikacji o drukach XVI-XVIII w. Nie wiem, w jakiej to literaturze przedmiotu recenzent tego określenia nie znajduje, osobiście jednak mogę służyć od ręki dziesiątkami przykładów. Istnieją nawet opracowania, w tym katalogi zbiorów specjalnych, które frazę „old print” mają w tytule. Stwierdzenie: ‘„Print” to technologia albo odbitka graficzna, a nie odpowiednik polskiego starego druku’ jest nonsensem i pokazuje jedynie skalę niezrozumienia przez Recenzenta ocenianego tekstu.
 
„Movement” z kolei to określenie odnoszące się do różnych zjawisk społecznych. Wbrew przekonaniu Recenzenta frazę „publishing movement” bardzo często spotyka się w literaturze przedmiotu w kontekście np. publikowania Open Access czy też w odniesieniu do wydawnictw podziemnych (np. w okresie PRL). Także i tu przykładów jest na pęczki, ale podam tylko jeden, z witryny jednego z najbardziej prestiżowych czasopism na świecie, czyli „Nature”: https://www.nature.com/articles/d41586-023-03342-6 Także w tym przypadku nie może być mowy o kalce z języka polskiego. Warto sprawdzić, zanim w recenzji napisze się głupstwo. Mam nadzieję, że pomogłem na przyszłość.
 
No i wreszcie zarzut trzeci, należący do kategorii moich ulubionych, często wyciągany także przez anonimowych komentatorów w Internecie. Oto Recenzent zabiera się za lekturę tekstu, którego przedmiot wykracza poza jego własną specjalizację. Jednak zamiast powiedzieć: „OK, nie bardzo się na tym znam”, co by przecież w żaden sposób nie uwłaczało jego godności, zaczyna wytaczać ciężkie działa celem wykazania, że to autor tekstu, który spędził całe lata – kilka, czasem może nawet kilkanaście – na badaniach tej właśnie problematyki, nie ma pojęcia, o czym pisze. Stąd to biorą się te „przypadkowo dobrane publikacje”, zarzuty (spisywane zresztą na kolanie, bo z literówkami) dotyczące chaotyczności wywodu, braku dyscypliny i warsztatu badawczego oraz „setki” niecytowanych opracowań czy źródeł. Jakich konkretnie?; dlaczego powinny zostać zacytowane?; jakie nowe światło ich cytowanie rzuciłoby na przedmiot badań?; czy autor popełnił jakieś błędy merytoryczne, na co dowody można byłoby znaleźć w owych „setkach” niecytowanych prac? – tego oczywiście autor nigdy się nie dowiaduje. Takie napuszone sformułowania są w istocie puste semantycznie, a ich jedynym zadaniem jest wzniecanie zasłony dymnej mającej pozorować erudycję Recenzenta (jakoby znającego setki tekstów nieznanych autorowi), a w istocie jedynie słabo maskują jego ignorancję. Mówię tutaj nie tylko o tym konkretnym przypadku, ale uogólniam, ponieważ z takimi nic nie znaczącymi fajerwerkami recenzenckiego pustosłowia spotykałem się już niejednokrotnie.

sobota, 24 września 2022

Za starzy na doktorat?


Skan przedstawia wypowiedź prof. Andrzeja Staruszkiewicza, fizyka. Trudno te słowa traktować poważnie i można byłoby je uznać jedynie za taką sobie anegdotkę niewartą nawet powtarzania gdyby nie fakt, że od czasów min. B. Kudryckiej systemy ewaluacji nauki wymyślane są właśnie przez ścisłowców, a humaniści oceniani są według tego rodzaju kryteriów. Protestujemy i piszemy o tym od lat, ale bez rezultatów (pomijam tymczasem fakt, że cała ewaluacja ostatnio została całkowicie skompromitowana przez obecne Ministerstwo Edukacji i Nauki). Postulaty takie są całkowicie absurdalne w odniesieniu do nauk humanistycznych, w których przed zdobyciem stopnia naukowego należy przede wszystkim zapoznać się z obszernym korpusem źródeł i opracowań, przeanalizować je, przemyśleć, zmierzyć się intelektualnie z postawionym problemem, jego rozwiązaniem, a wreszcie opisaniem. W humanistyce najpierw akumulujemy wiedzę, by później zrobić z niej użytek i stworzyć coś nowego. To wszystko wymaga czasu i jest praktycznie niemożliwe do zrealizowania w czasie, który prof. Staruszkiewiczowi wydaje się optymalny.

W cytowanym wywiadzie pada jeszcze kilka innych interesujących stwierdzeń. W fizyce jedną z nielicznych poprawnych teorii jest stała struktury subtelnej, którą Staruszkiewicz oblicza od lat 80. XX w. Dodajmy, że pracuje nad nią samotnie, ponieważ nikt inny nie jest nią zainteresowany (ciekawe dlaczego?). Natomiast co do innych teorii: zasada antropiczna – bzdura („Całkowicie ją odrzucam”); teoria strun – bzdura (zerowe wyniki przy ogromnym nakładzie na badania); teoria cząstek elementarnych – też raczej bzdura („zbyt pilne śledzenie danych eksperymentalnych jest szkodliwe, gdyż jest ich za dużo, by można je było umysłowo opanować”); mechanika kwantowa – brzydka matematycznie, ale nie wiadomo dlaczego daje dobre wyniki. Wygląda to tak, jakby profesor przyznawał sobie monopol na prawdę, a to zawsze jest podejrzane.

piątek, 11 lutego 2022

Medal "Plus ratio quam vis" dla Prof. Svena Ekdahla


"Prof. Sven Ekdahl otrzymał jedno z najwyższych odznaczeń przyznawanych przez Uniwersytet Jagielloński za badania nad stosunkami polsko-krzyżackimi w średniowieczu, w tym w szczególności nad bitwą pod Grunwaldem, wzorową edycję jednego z najważniejszych dzieł Jana Długosza, Banderia Prutenorum oraz promocję historii Polski w nauce światowej".

https://www.uj.edu.pl/wiadomosci/-/journal_content/56_INSTANCE_d82lKZvhit4m/10172/149828202

Międzynarodowy Dzień Kobiet i Dziewcząt w Nauce


Z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet i Dziewcząt w Nauce wszystkim Koleżankom zajmującym się prowadzeniem badań naukowych, szczególnie oczywiście w naukach humanistycznych, życzymy wielu sukcesów, nigdy niezaspokojonej ciekawości, wciąż nowych pytań i poszukiwania na nie odpowiedzi, niegasnącego płomienia pasji, inwencji twórczej, poczucia sensu, a także wzajemnej życzliwości oraz wsparcia.

wtorek, 25 stycznia 2022

Popularyzacja nauki


Popularyzacja nauki jest w mim przekonaniu jednym z obowiązków pracowników nauki, szczególnie tych korzystających z mediów społecznościowych. O konieczności wykorzystywania tychże przez uczonych w celu popularyzacji pisała już w 2011 r. na swoim blogu w witrynie „Scientific American” Christine Wilcox (https://blogs.scientificamerican.com/science-sushi/social-media-for-scientists-part-1-it-8217-s-our-job/). Niestety naukowcy na ogół niechętnie podejmują się tego zadania. Wynika to z różnych względów.

Jednym z nich jest zapewne to, że środowiska pseudonaukowe często są agresywne i nie każdy z nas ma ochotę stać się obiektem napaści, konfrontując się z pieniaczami, dla których fakty naukowe nie mają znaczenia. Ofiarą takiego hejtu padł m.in. Artur Wójcik, pogromca fantazmatu Wielkiej Lechii i twórca blogu Sigillum Authenticum (przykład: https://www.youtube.com/watch?v=zjxNELjwTck).


Na problem niechęci naukowców do popularyzacji nauki, wynikającej z ich obaw przed utratą naukowej powagi („saganizacji”), zwróciła uwagę m.in. grupa amerykańskich medioznawców i komunikologów (Liang, X.; Su, L.Y.-F.; Yeo, S.K.; Scheufele, A.A.; Brossard, D.; Xenos, M.; Nealey, P.; Corley, E.A. (2014). Building Buzz: (Scientists) Communicating Science in New Media Environments. Journalism & Mass Communication Quarterly, 91 (4), s. 772-775). Termin ten urobiono od nazwiska amerykańskiego astronoma i popularyzatora nauki, Carla Edwarda Sagana, który z powodu swojego zaangażowania w działalność popularyzatorską stracił autorytet naukowy w oczach swoich kolegów.

Równocześnie autorzy ci wskazali, że rozwój technologii informatycznych daje uczonym nowe możliwości docierania do różnych kręgów opinii publicznej i aktywnego kształtowania form komunikacji oraz sformułowali hipotezę, zgodnie z którą istnieje pozytywna korelacja pomiędzy komunikowaniem się badaczy z publicznością spoza świata nauki a wpływem naukowym (ang. scientific impact) akademików posiadających tę umiejętność. Uczeni, którzy angażują się w działania popularyzujące naukę, publikują więcej artykułów w czasopismach recenzowanych i bywają częściej cytowani.

Inaczej na ten problem spogląda Łukasz Sakowski, autor blogu To Tylko Teoria, który mówi: “Myślę, że naukowcy, stricte pracownicy akademiccy, prowadzący na co dzień badania naukowe, rzadko mają czas do popularyzacji nauki "na pełen etat". Łączenie pracy naukowej z działalnością na rzecz promocji wiedzy w pełnym wymiarze godzin jest niewykonalne czasowo. Albo przeznacza się czas na badania, przebywanie codziennie w laboratorium, wykładanie studentom itd., albo na pisanie artykułów, postów, odpowiadanie na komentarze.”
(https://www.styl.pl/magazyn/news-bioksiazka-czyli-jak-nauczyc-polakow-wiary-w-nauke-rozmowa-z,nId,5781344).

A co Państwo sądzicie na ten temat? Czy nauka to zbyt poważna sprawa, by pozostawić ją samym naukowcom?

niedziela, 26 grudnia 2021

„Pedagogika Katolicka”


„Pedagogika Katolicka” to nie jest czasopismo historyczne, ale rzecz dotyczy zasad parametryzacji, której podlegamy wszyscy, warto więc spojrzeć na ten przypadek. Według najnowszego uzupełnienia ministerialnej listy czasopism punktowanych, „PK” skoczyła z zera punktów do stu (przyspieszenie od 0 do setki porównywalne z bolidami F1). Wpis na stronie internetowej czasopisma informujący o tym fakcie podpisany jest ksywką, a nie imieniem i nazwiskiem redaktora. Osoba ta zresztą nie stosuje się do zasad polskiej ortografii, interpunkcji i pisowni (screen robiłem wczoraj wieczorem, dziś część najbardziej rażących błędów została poprawiona). Po dokonaniu nagłego skoku na 100 punktów redakcja odkrywa rolę samodzielnych badań oraz recenzentów w procesie naukowym. I z rozbrajającą szczerością przyznaje, że teraz, kiedy wreszcie czasopismo znalazło się w gronie renomowanych, będzie pobierać od autorów wyższą opłatę za opublikowanie tekstu. I to jest chyba clou tej zmiany - lojalnie przyznają, że są stupunktową maszynką do zarabiania pieniędzy. Po angielsku to się ładnie nazywa "predatory journal", ale nie wiem, czy "PK" na taką delikatną nazwę zasługuje i czy nie lepiej wprost nazywać taką praktykę dosadniejszy polskim określeniem.

No i jak widać, żarty się kończą: "Szanowni Państwo! Przed nami kolejny etap, kolejna szansa, kolejna możliwość rozwoju naukowego poprzez publikowanie tekstów w naszych czasopiśmie. Zapraszamy państwa do dalszej współpracy. Jednak, z tej racji, że czasopismo zajmuje wysoką pozycję wśród renomowanych czasopism, wymagania tekstów ulegają zmianie. Teksty winny być oparte na badaniach przeprowadzonych przez danego autora, a nie kopiowane z Internetu czy innych źródeł. Teksty winny mieć charakter naukowy. W tym znaczącą role będą pełnić recenzenci, którzy pilnować będą charakteru naukowego artykułu. Opublikowanie tekstu począwszy od numeru 01/2022 będą wiązać się z realna opłatą przygotowania, recenzowania i wydawania czasopisma. Zwracamy na to uwagę, gdyż do tej pory ci, którzy wnosili opłatę otrzymywany egzemplarz, była to jedynie opłata za druk czasopisma."

Niesamodzielne, plagiatowane kopypasty z internetów to możecie sobie publikować w szmatławcach po 40 punktów.

http://pedkat.pl/1537-pedagogika-katolicka-100-pkt-2

 

środa, 29 stycznia 2020

Po drogach uczonych

Dzisiejszy zakup: Po drogach uczonych. Z członkami Polskiej Akademii Umiejętności rozmawia A.M. Kobos, t. 1-5, Kraków 2007-2012

A w pięciu grubych tomach wiele rozmów z historykami różnych specjalności i bliskimi nam filologami czy literaturoznawcami oraz archeologami. Znajdziemy tu m.in. nazwiska Stanisława Grodziskiego, Gerarda Labudy, Stanisława Mossakowskiego, Jana Mariana Małeckiego, Mariana Biskupa, Marii Boguckiej, Juliusza Domańskiego, Adama Małkiewicza, Janusza Małłka, Juliana Maślanki, Teresy Michałowskiej, Andrzeja K. Tomczaka, Wojciecha Wrzesińskiego, Jerzego Axera, Andrzeja Borowskiego, Aliny Nowickiej-Jeżowej, Jerzego Kłoczowskiego, Lecha Leciejewicza, Jana Ostrowskiego, Jerzego Strzelczyka, Henryka Samsonowicza, Stanisława Stabryły, Lecha Szczuckiego, Janusza Tazbira, Józefa Wolskiego, Zenona Woźniaka, Jerzego L. Wyrozumskiego, Teresy Kostkiewiczowej, Jadwigi Krzyżaniakowej, Zofii Kurnatowskiej, Jerzego Limona czy Jadwigi Puzyniny. Mnóstwo ciekawej lektury!

wtorek, 3 września 2019

Władza o polskich naukowcach

Nie najnowsza, jednak bulwersująca wypowiedź przedstawiciela obecnej władzy, prof. Andrzeja Waśki, literaturoznawcy i historyka kultury, dotycząca nie tylko historyków, lecz w ogólności polskiego środowiska naukowego oraz całej Universitas. Prof. Waśko najpierw przedstawia swoją wizję studium historii we współczesnej Polsce:

„Historia, która w latach 90. była wśród młodzieży najbardziej znienawidzonym przedmiotem szkolnym odrodziła się dzisiaj, w na różnych poziomach kultury, także w kulturze popularnej w sposób widoczny dla wszystkich. W księgarniach (tych, które ocalały) najlepiej sprzedają się dziś książki historyczne. Wróciła też moda na klasyczne studia historyczne, którym w epoce procesu bolońskiego i humanistycznych „modnych bzdur” stosunkowo najlepiej udało się zachować przyzwoity poziom, i które ostatnio rozwijają się pod każdym względem. Ale pierwszym impulsem, który doprowadził do tego odrodzenia historii nie była teoria, tylko praktyka; ten impuls nie wyszedł z uniwersytetów, tylko z kultury popularnej – z zaangażowania młodzieży w grupy rekonstrukcyjne. Siłą grup rekonstrukcyjnych w porównaniu z nauczaniem szkolnym jest to, że proponują aktywność i praktyczne działanie w grupie koleżeńskiej. W zabawie nawiązują się więzi międzyludzkie, nadwątlone w zreformowanej szkole, i pojawia się ciekawość przeszłości, którą zaspakaja sięgnięcie po książkę”.

Następnie zaś przechodzi do analizy sytuacji edukacyjnej Polaków:

„Polacy o wykształceniu podstawowym i zawodowym okazali się silniejszym elementem społecznym niż cała wielka rzesza magistrów. Ci, którzy nie studiowali, nie mieli bowiem okazji zarazić się tak głęboko post-marksistowskim wartościowaniem i modnymi sloganami nowej lewicy. Ponieważ ostoją tego typu myślenia po latach PRL-u pozostały uniwersytety i środowiska opiniotwórcze, wychowankowie tych środowisk i ich satelici przesiąkli fałszywą ideologią w znacznie większym stopniu niż tak zwani ludzie prości”.

Są to słowa uwłaczające całej polskiej nauce. Całość do przeczytania na portalu Arcana: www.portal.arcana.pl/Arcana-126-subkultura-elit-oczami-prof-andrzeja-waski,4413.html

Prof. Andrzej Waśko jest członkiem Rady Programowej Prawa i Sprawiedliwości oraz doradcą Andrzeja Dudy: https://www.prezydent.pl/kancelaria/nrr/sklad/sekcje/edukacja-mlode-pokolenie-sport/andrzej-wasko/

piątek, 9 sierpnia 2019

Dolce far niente

Ilustracja: http://sidmeetsnik.com/dolce-far-niente
Tegoroczne lato upływa pod znakiem oczekiwania.

5 kwietnia do Wydawnictw Uniwersytetu Warszawskiego przesłałem gotowy tekst nowej książki. Ponad dwa miesiące czekałem na recenzje, które – jak się okazało – były niejednoznaczne. Głównym powodem niechęci recenzentów jest to, że komentując polską edycję „Pamiętników o czasach moich” Ludwika Tuberona, kilkakrotnie wskazywałem na błędy popełnione przez wydawców (pisałem o tym na blogu: https://ohistorii.blogspot.com/search/label/Ludwik%20Tuberon). W tej sytuacji Wydawnictwo postanowiło poprosić o trzecią opinię (nb. informując mnie o tym pani redaktor pozwoliła sobie na złośliwość pod moim adresem, co było niezbyt profesjonalne). Czekam zatem na trzecią recenzję.

Czekaliśmy wszyscy także na nowy wykaz czasopism punktowanych (pisałem o tym tu: https://www.facebook.com/ohistorii/posts/1326464180850569). Po jego ogłoszeniu i dostosowaniu napisanego wcześniej artykułu do wymagań czasopisma dwustupunktowego, pozostaje czekać na proofreading i na acceptance (or rejection) of the submission.

Właściwie mógłbym zacząć pisać kolejny artykuł (mam nawet kilka pomysłów), ale na dobrą sprawę nie ma takiej potrzeby, ponieważ za bieżący okres parametryzacyjny (2017-2020) będę miał wypełnione wszystkie cztery sloty publikacyjne (piękny volapük, prawda? Takim językiem teraz trzeba się posługiwać w kontaktach z biurokracją). Nie potrzebuję więc żadnych nowych publikacji aż do 2021 roku. Nonsens? Zapewne. Ale tak sytuację kształtuje nowa ustawa.

Na dobrą sprawę aż do czasu otrzymania trzeciej recenzji z Wydawnictwa mogę sobie siedzieć w fotelu i czytać książki li tylko dla przyjemności. Dziękuję, Panie Ministrze.

Nowy wykaz czasopism punktowanych

Dwa miesiące temu skończyłem pisać artykuł, który chcę opublikować za możliwie dużą liczbę punktów. Ze zgłoszeniem do publikacji czekałem na ogłoszenie ministerialnej listy czasopism. Wczoraj okazało się, że czasopismo, z którym planowałem współpracować, otrzymało „tylko” 70 punktów. Wybrałem więc inne, niezbyt pasujące, ale obdarzone dwustoma punktami i jako w zasadzie jedyne z tej górnej półki w mojej dyscyplinie mniej więcej odpowiadające profilem przygotowanemu przeze mnie tekstowi. Teraz więc siedzę i przerabiam tekst i opisy bibliograficzne, żeby uczynić zadość wymaganiom redakcyjnym owego czasopisma drugiego wyboru*. I cały czas muszę powtarzać sobie, żebym nie zapomniał: Ministerstwo ogłosiło koniec punktozy. Co za ulga.

*Pierwsze czasopismo tematycznie idealnie odpowiada omawianej przeze mnie problematyce i gotowe było opublikować mój tekst. To jednak okazuje się mniej ważne. Najważniejsze są punkty oceny parametrycznej. Musimy więc podejmować nie takie decyzje, które mają sens, tylko takie, które przyniosą więcej punktów, nawet jeśli jest w nich niewiele sensu. Koniec końców w tabelce lepiej mieć 200 paranoicznych punktów niż tylko 70 choćby najgenialniejszych.

Nie wspominam już o takim drobiazgu jak ten, że publikując w pierwszym czasopiśmie miałbym szansę dotrzeć do większości zainteresowanych daną problematyką historyków, ale otrzymałbym tylko 70 punktów. Publikując w drugim mam szansę na 200 punktów, ale trudno powiedzieć, czy tekst trafi do tych badaczy, którzy naprawdę byliby nim zainteresowani. Jednak skoro MNiSW postawiło mnie przed wyborem: albo dobro mojej dyscypliny i Wydziału, albo dobro nauki w ogóle i szerokiej, a więc niesprecyzowanej społeczności, decyzja może być tylko jedna.