wtorek, 8 września 2026

M.R. Wysocki, List wczesnochrześcijański


Epistolografia, czyli sztuka i teoria pisania listów, ma długą historię – od najwcześniejszych praktyk użytkowych po ukształtowanie w epoce nowożytnej pełnoprawnego gatunku literackiego. Jej rozwój przebiegał równolegle z przemianami kultury pisma, materiałów piśmienniczych i konwencji stylistycznych.

Epistolografię potocznie zwykliśmy wiązać przede wszystkim z nowożytnością, z czasem, w którym list staje się pełnoprawną formą literacką. Tymczasem jej korzenie sięgają znacznie głębiej: sztuka pisania listów była doskonale znana już starożytnym, a zachowane do dziś zbiory korespondencji Cycerona, Seneki czy Pliniusza Młodszego (I w. p.n.e. – I w. n.e.) przypominają, że list od ponad dwudziestu wieków stanowił ważny element kultury komunikacji. Co więcej, sama refleksja teoretyczna nad listem pojawia się jeszcze wcześniej, w epoce hellenistycznej.

Do tych najstarszych tradycji nawiązuje pierwszy rozdział monografii ks. Marcina Rafała Wysockiego poświęconej listom wczesnochrześcijańskim. Autor traktuje starożytną epistolografię jako źródło i kontekst późniejszych przemian, które są właściwym przedmiotem opracowania. Stąd też w kolejnym rozdziale kieruje uwagę ku wczesnochrześcijańskiej refleksji nad pisaniem listów, analizując pisma świętych Ambrożego, Augustyna, Hieronima oraz Paulina z Noli. W ich korespondencji pojawia się element, który zasadniczo odróżnia ją od tradycji pogańskiej. Jest nim obecność Boga. W listach antycznych nieobecny, w chrześcijańskich staje się osią, która przenika treść, ton i intencje piszącego, nadając tej formie komunikacji zupełnie nowy wymiar duchowy. Tu jednak poczynić trzeba pewne zastrzeżenie: książka M.R. Wysockiego nie jest studium na temat listów wczesnochrześcijańskich w ogóle, ale jedynie listów tych czterech wybranych autorów.

Dawne listy miały charakter prywatno-publiczny. Choć zasadniczo na ogół miały jednego adresata i w znacznej mierze dotyczyły spraw osobistych, ich autorzy brali pod uwagę możliwość ich publikacji, najczęściej w kolekcjach tematycznych bądź też połączonych osobą odbiorcy. Pociągało to za sobą pewne konsekwencje, dotyczące przede wszystkim wyboru odpowiedniego stylu oraz cyzelowania języka. Często były one kolekcjonowane, na bieżąco kopiowane i krążyły w odpisach, a adresaci udostępniali je osobom trzecim. Dzięki tym praktykom zachowało się ich tak wiele i dziś stanowią bezcenne źródła do badań historycznych. Stan zachowania korespondencji czterech badanych autorów stanowi przedmiot rozważań w rozdziale piątym.

Nie ma tu miejsca, by wymieniać wszystkie funkcje listu późnoantycznego (jak docere czy delectare). Dokładniej zostały one omówione przez Autora recenzowanej pracy. W tym miejscu wystarczy wspomnieć, iż zasadniczym celem korespondencji było uobecnienie. Dzięki wymianie listów możliwe było nie tylko prowadzenie rozmowy z nieobecnymi przyjaciółmi, ale także w pewnym sensie odczuwanie ich fizycznej bliskości.

Niezwykle ciekawy wydaje mi się rozdział trzeci, poświęcony technicznej, materialnej stronie pisania w późnej starożytności. Dotykamy w nim zagadnień życia codziennego epoki. Wysocki wymienia używane materiały piśmiennicze, takie jak papirus, pergamin, drewniane tabliczki czy kora drzew. Posługując się cytatami źródłowymi przedstawia dwie techniki tworzenia tekstów: pisanie własną ręką oraz dyktowanie sekretarzowi. Niestety mankamentem tej części jest fakt, iż Autor myli różne materiały piśmiennicze, przede wszystkim papirus z nieistniejącym jeszcze wówczas papierem. Dlatego lektura wymaga uwagi i podejścia krytycznego.

Techniczny charakter ma również rozdział czwarty, poświęcony „usługom pocztowym” IV-V wieku, czyli sposobom przesyłania listów. Kluczową rolę w tym procesie odgrywali kurierzy, których usługi dostarczały korespondentom wielkiej satysfakcji, ale też niekiedy były źródłem frustracji. W kolejnych rozdziałach Wysocki wielostronnie analizuje treść listów czterech świętych (pozdrowienia, konsolacje, kwestia wolności, radości i trosk życia biskupiego, Eucharystia, mariologia), czego nie ma już potrzeby streszczać.

W tym miejscu winien jestem Czytelnikowi pewne wyjaśnienie. Analizowana książka jest w znacznej części zbiorem opublikowanych już wcześniej artykułów, w związku z czym można ją czytać wyrywkowo, nielinearnie. Choć zazwyczaj unikam recenzji organizowanych jako streszczanie kolejnych rozdziałów, w tym wypadku jednak konstrukcja omawianej pracy w pewnym stopniu wymusiła taki porządek. Najprostszym sposobem uchwycenia jej logiki było właśnie przejście przez kolejne części wywodu. Dlatego ta notka przybiera w pewnym stopniu formę sekwencyjnego omówienia – rozwiązania, którego zwykle nie wybieram, lecz które w tym przypadku okazało się, jak sądzę, najbardziej adekwatne.

Wspominałem, że listy antyczne stanowią dla Autora punkt odniesienia w badaniach nad listami wczesnochrześcijańskimi. Jest to ważny element kultury intelektualnej i historii piśmienności wczesnego chrześcijaństwa. Aby uchwycić sens przemian, o których mowa, trzeba najpierw zapytać, co właściwie różni poszczególne tradycje listu i jaki wpływ wywarły one na kształtowanie się nowej religii. Chrześcijańscy autorzy nie pisali w próżni – przeciwnie, obficie czerpali z dorobku antyku, przejmując jego język, formy, konwencje i nawyki stylistyczne. Struktura listu pozostawała w dużej mierze niezmieniona, choć niektórzy święci z pewną ostentacją dystansowali się od pogańskiego dziedzictwa, zwłaszcza od retoryki, którą w pismach konsolacyjnych potrafili wręcz deprecjonować. Najważniejsza różnica tkwiła jednak nie w kompozycji, lecz w aksjologii: chrześcijański list odwoływał się do innego systemu wartości, zakorzenionego w prawdach nowej wiary. To właśnie obecność Boga, nieobecnego w korespondencji pogańskiej, a wszechobecnego w chrześcijańskiej, nadawała tej formie pisma odmienny ton i duchowy ciężar.

Są to kwestie dość oczywiste. Jaki jednak wpływ, powtórzmy pytanie, wywarły one na kształtowanie i rozpowszechnianie się nowej religii, na społeczność i naukę chrześcijańską, na ich formację i umocnienie? Tego się niestety z dzieła M.R. Wysockiego nie dowiadujemy. Książce, napisanej z nieprzekonującą mnie manierą popularno-duszpasterską, nie zaś językiem naukowo-historycznym, brak zakończenia, podsumowania, konkluzji czy spojrzenia z szerszej perspektywy. Autor porzuca czytelnika zanim wspólnie dotrą do celu, jakim powinno być udzielenie odpowiedzi na postawione powyżej pytania. Lektura, choć ciekawa, pozostawia wyraźny niedosyt.

sobota, 5 września 2026

K. Hurlock, Tam, dokąd ciągną tłumy


Miejsca obdarzone aurą świętości, zarówno te rozsławione na cały świat, jak i te znane jedynie lokalnym wspólnotom, tworzą na mapie globu gęstą, wielowarstwową sieć. Jedne wyrastają w centrach religijnych tradycji, inne pozostają na ich uboczu, nie pretendując do większego znaczenia w szerokiej perspektywie. Spotykamy sanktuaria tonące w przepychu i bogactwie, ale także skromne kaplice czy niepozorne zakątki pozbawione jednoznacznej symboliki religijnej, których duchowy wymiar nie wynika z monumentalnej formy, lecz z historii i pamięci, jakie wiąże z nimi lokalna tradycja. Takich miejsc istnieją tysiące – różnorodnych, a jednak połączonych wspólnym doświadczeniem sacrum.

Kathryn Hurlock snuje opowieść o dziejach pielgrzymowania, prowadząc czytelnika przez dziewiętnaście miejsc uznawanych za święte w różnych zakątkach świata – od Chin przez Indie, starożytne Delfy, Jerozolimę, Mekkę, Rzym, Konstantynopol, szkocką Ionę, iracką Karbalę, Meksyk, Amerykę Północną, Angolę, Francję aż po Argentynę, Japonię i Nową Zelandię. Interesuje ją nie tylko sama praktyka wędrowania ku sacrum, lecz także to, jak te przestrzenie, naznaczone religijną wyobraźnią i pamięcią, oddziaływały na wspólnoty w kolejnych epokach. Jej narracja odsłania więc, w jaki sposób ruch pielgrzymkowy oraz symboliczna moc tych lokacji współtworzyły społeczne wyobrażenia, kształtowały kulturę i wpływały na polityczne konfiguracje od starożytności po czasy najnowsze. Bo wędrówki do miejsc świętych dla danej kultury czy społeczności, jak dowodzi Hurlock, mają taką moc. Wystarczy wspomnieć, iż reformacja rozpoczęła się od wyprawy Marcina Lutra do Rzymu w 1511 roku.

Wraz z Autorką pielgrzymujemy przez kraje, kontynenty i epoki, by zrozumieć ten fenomen kulturowy. Dla czytelników pozostających w kręgach wielkich religii monoteistycznych pewnym zaskoczeniem może być wiadomość, iż obyczaj pielgrzymowania znany był już w starożytności, a także w kulturach tradycyjnych (np. wśród rdzennych mieszkańców Ameryk) czy w religiach politeistycznych. Jest to fenomen uniwersalny dla wszystkich cywilizacji naszej planety, na swój sposób łączący kulturowo całą ludzkość. Gdy szukamy tego, co wspólne nam wszystkim, wędrowanie do miejsc świętych uznać musimy za jeden z najważniejszych tego rodzaju czynników.

Choć pielgrzymowanie chcielibyśmy kojarzyć przede wszystkim z doświadczeniem duchowym, nie sposób pominąć faktu, że od wieków stanowi ono również rozbudowaną gałąź gospodarki. Wokół miejsc uznawanych za święte wyrasta cały ekosystem usług i handlu: stragany z żywnością, amuletami, cudownymi lekami czy pamiątkami, sieć noclegów, przewodnicy wskazujący najważniejsze punkty, które pielgrzym musi odwiedzić, a nawet organizatorzy rozrywek o charakterze zdecydowanie świeckim (włączając w to usługi prostytutek).

Co więcej, tam, gdzie gromadzą się rzesze ludzi, nieuchronnie pojawia się także ciemniejsza strona pielgrzymowania: tłok sprzyjający wypadkom, wśród zgromadzonych łatwo rozprzestrzeniają się choroby zakaźne, a anonimowość tłumu bywa dogodnym środowiskiem dla drobnych i poważniejszych przestępstw. Paradoksalnie jednak śmierć, która może dosięgnąć pielgrzyma w drodze lub w samym miejscu świętym, nie jest przez wiernych postrzegana jako zło. Przeciwnie, w przekonaniu wielu stanowi ona niemal uprzywilejowaną formę przejścia, moment, który dzięki wyjątkowości miejsca i intencji wędrówki ma prowadzić bezpośrednio ku zbawieniu.

Sacrum nie istnieje w próżni, zawsze splata się z profanum, a pielgrzymkowe szlaki są jednym z najbardziej wyrazistych przykładów tego przenikania. Do tych przestrzeni przybywali nie tylko pątnicy, lecz także chorzy poszukujący uzdrowienia oraz żebracy liczący na hojność wiernych, tworząc wielobarwną, niejednorodną społeczność skupioną wokół miejsc obdarzonych religijną mocą. I o tym wszystkim pisze Kathryn Hurlock w swojej pasjonującej książce.

niedziela, 14 czerwca 2026

M. Cholewa, Fake off

Fake news, dezinformacja, manipulacja, kłamstwo – to tylko kilka przykładów szkodliwych zachowań informacyjnych, z którymi mamy do czynienia w sferze publicznej. Dzięki mediom cyfrowym stały się one naszą codziennością, a niebezpieczne zjawiska coraz bardziej intensyfikują się wraz z rozwojem sztucznej inteligencji, w tym technologii deep fake. Borykamy się z nimi na co dzień i niestety nikt nie jest na nie odporny. Każdy z nas przynajmniej od czasu do czasu daje się złapać na haczyk nieprawdziwej informacji. Nieco nadziei w tej sytuacji daje to, że mamy instytucje fact-checkingowe, które sprawdzają informacje w naszym imieniu. Dysponujemy także narzędziami, które możemy wykorzystywać sami, by się przed dezinformacją bronić.

 
Zjawisko dezinformacji jest badane i opisywane w rosnącej liczbie publikacji zarówno naukowych, jak i publicystycznych. Do tych ostatnich należy książka Mateusza Cholewy, dziennikarza i zastępcy redaktora naczelnego Stowarzyszenia Demagog. Wszyscy mniej więcej wiemy, czym jest fake news, skąd się bierze, jak się rozprzestrzenia, czego dotyczy i dlaczego są ludzie, społeczności, firmy czy nawet państwa, którym zależy na rozsiewaniu nieprawdziwych informacji w przestrzeni publicznej, brutalizacji i obniżaniu poziomu debaty, niszczeniu zaufania do instytucji, destabilizacji społeczności etc. O tym pisze Cholewa, okraszając teorię aktualnymi przykładami, nie oszczędzając polityków, antyszczepionkowców, podcasterów czy dziennikarzy zapraszających do swoich programów pseudolekarzy. 
 
Już wcześniej pisałem, iż mam nadzieję, że pozycja ta wzbogaci bibliografię opracowań wykorzystywanych na moich zajęciach o pseudonauce. Istotnie, dopisuję. Bo znaczna część tej książki dotyczy pseudonauki właśnie. I Wy także wciągnijcie „Fake off” na listę lektur. Bo Wami też ktoś chce manipulować. 
 
A pseudonauka jest groźna nawet wówczas, gdy na pierwszy rzut oka wygląda zabawnie.

P. Čornej, Rewolucja husycka. Krótka historia

 


Zjawisko średniowiecznych herezji cieszy się zainteresowaniem zarówno wśród badaczy, jak i wśród szerokiego grona odbiorców pasjonujących się historią. Polski czytelnik dysponuje już bogatym wyborem publikacji poświęconych tej problematyce, których nie ma potrzeby w tym miejscu szczegółowo wyliczać. Tymczasem bowiem interesuje mnie wyłącznie jeden z wielu ruchów reformatorskich epoki – czeski husytyzm.
 
Ograniczając zatem zakres wskazówek bibliograficznych wyłącznie do zagadnień związanych z husytyzmem wspomnieć trzeba o pracach Pawła Krasa, Wojciecha Iwańczaka, ale przede wszystkim Stanisława Byliny (m.in. trzytomowa „Rewolucja husycka”) czy Františka Šmahela (również trzytomowa „Rewolucja husycka”). Przed dwoma laty Państwowy Instytut Wydawniczy opublikował dwutomową biografię Jana Žižki autorstwa czeskiego literaturoznawcy i mediewisty Petra Čorneja. Obecnie z tego samego wydawnictwa otrzymujemy krótką historię rewolucji husyckiej pióra tegoż autora.
Husytyzm był ruchem religijno społecznym powstałym na początku XV wieku w Czechach. Wywodził się z nauczania Jana Husa – kaznodziei i reformatora, który krytykował nadużycia popełniane przez Kościół, domagał się powrotu do Ewangelii i postulował moralną odnowę duchowieństwa. Ruch ten stał się impulsem do szerokich przemian społecznych oraz buntów przeciwko władzy kościelnej i świeckiej. Jego fundamentem były zatem zmiany tyleż religijne, co społeczne.
 
Po spaleniu Jana Husa na stosie w czasie soboru w Konstancji (1415) ruch radykalizował się, co doprowadziło do wybuchu tzw. wojen husyckich (1419-1436). Husyci odnieśli szereg zwycięstw militarnych nad próbującymi spacyfikować wznieconą przez nich burzę obrońcami dawnego porządku, a ich armie, zwłaszcza taboryci, stały się symbolem nowatorskiej taktyki na polu walki (por. na ten temat A. Michałek, „Wyprawy krzyżowe. Husyci”, Warszawa 2024). Przez Kościół rzymski czeska propozycja reformy religijnej została stanowczo odrzucona, a zachodnie społeczeństwa potraktowały ją jak próbę rozbicia jedności świata chrześcijańskiego.
 
Książka Čorneja to praca w ścisłym tego słowa znaczeniu popularyzatorska. Składa się na nią seria osiemnastu artykułów przygotowanych dla gazety „Lidové Noviny” z okazji sześćsetnej rocznicy rewolucji husyckiej w Czechach (2020). Wartość tekstów podnosi trafnie dobrany materiał ilustracyjny oraz mapy. Autor w syntetyczny, prosty i jasny sposób przedstawia powstanie, rozwój, zakończenie i bilans tego ruchu religijno-społecznego.
 
Tekstowi zasadniczemu towarzyszą biogramy wybranych postaci dodane w ramce na końcu każdego rozdziału (jeśli pamiętacie kapsułki z podręczników lub książek Normana Daviesa, to wiecie, o co chodzi).
 
„Rewolucja husycka” wznawia po okresie zawieszenia serię tzw. „małych Ceramów” wydawanych przez PIW. Czy to nowe otwarcie można uznać za wyrazisty akcent programowy? Sądzę, iż ta książka ma realne szanse na sukces komercyjny, jako że porusza tematykę budzącą żywe zainteresowanie, a jej narracja została poprowadzona sprawnie, z wyczuciem i odrobiną poczucia humoru, co czyni lekturę wyjątkowo przystępną. Pozostaje natomiast pytanie, co taki właśnie wybór zapowiada odnośnie do dalszych losów serii. Czy rozwijać się ona będzie w kierunku lżejszej popularyzacji? Czas pokaże.

wtorek, 28 kwietnia 2026

T. Rożek, Władza, pieniądze, nauka

 

Nauka nie ma łatwych odpowiedzi na wszystkie pytania, niemniej jest najlepszym narzędziem, jakim dysponujemy, służącym do poznawania świata. Niestety tak jak wszystkie wytwory ludzkiej kultury, także i ona bywa wykorzystywana w złych celach. Czasem rodzą się wokół niej patologie. Istnieją ludzie i grupy, które traktują naukę instrumentalnie, wykorzystując ją do osiągania doraźnych korzyści finansowych, wspierania własnych przekonań ideologicznych lub realizowania celów politycznych. Rezultaty są szkodliwe, a często wręcz zabójcze zarówno dla ludzi, jak i dla całego środowiska naturalnego.
 
Techniki manipulacji nauką bywają różne, np. generuje się nieistniejący spór naukowy (jak w przypadku lobbowania na rzecz przemysłu tytoniowego, w obronie którego powołano specjalny pseudonaukowy instytut mający przedstawiać alternatywne wyniki badań i bronić koncerny przed faktami [sic!] wynikającymi z badań naukowych). Nieuczciwi naukowcy, czy też osoby jedynie udające naukowców, przedstawiają sfabrykowane dane, nierzetelne opinie, manipulują wynikami testów, ukrywają fakty i niekorzystne wyniki badań. Niejednokrotnie nauka przegrywa z korupcją, wielkim biznesem, polityką czy ideologią. Tam, gdzie w grę wchodzą władza oraz interesy finansowe, nauka często zostaje pozbawiona realnych możliwości oddziaływania.
 
Przykładów takich skandalicznych sytuacji, jak te zgromadzone w książce Tomasza Rożka, można byłoby podać oczywiście znacznie więcej (zainteresowanych odsyłam do książki Toma Phillipsa „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”; szczególnie polecam historię zastosowania ołowiu jako domieszki do benzyny). Jednak zamysłem Autora było przedstawienie mechanizmu manipulacji nauką, nie zaś wyczerpującego katalogu zdarzeń. Konkluzja pozostaje jednoznaczna: lekceważenie nauki i opinii ekspertów prowadzi do tragicznych konsekwencji. A nauka, choć bywa niedoskonała, pozostaje najlepszym narzędziem, jakim dysponujemy, by zaspokajać naszą ciekawość, poznawać rzeczywistość w całej jej złożoności, czynić nasze życie lepszym i próbować chronić planetę, która jest naszym jedynym domem.
 
Pseudonauka to chwast wyrastający z wielu korzeni. Chciwość jest jednym z nich. I o tym też jest ta książka.

sobota, 28 marca 2026

A. Kantorysiński, Morskie wyprawy przez stulecia


 Nowość, bardzo ładnie wydana, w twardej oprawie, na dobrym papierze i ze świetnymi ilustracjami i mapkami (co jest zdecydowanie atutem tej książki). Tekst na poziomie bardzo popularnym czy wręcz potocznym, napisany ze szczególnym temperamentem, z dużą dozą ironii i rubasznego poczucia humoru oraz odniesieniami do elementów współczesności (np. „ciemny lud wszystko kupi”). Zdarzają się błędy merytoryczne (np. Egipt w epoce napoleońskiej nie był już od prawie 300 lat państwem mameluckim) czy literówki (np. marka amerykańskich samochodów terenowych to Hummer, nie Hammer). Są też swego rodzaju dziwactwa czy anachronizmy językowe – Kantorysiński wielokrotnie pisze „zaoczyć” zamiast „zobaczyć”. Z drugiej strony Autor odnosi się krytycznie do pewnych teorii czy eksperymentów, o których wiemy, że były niewiarygodne, jednak do dziś często są bronione (np. wyprawa Thora Heyerdahla). Całość czyta się dość dobrze, więc jednak raczej na plus.