wtorek, 20 lutego 2018

Turbosłowianizm



Za zgodą Autora podaję dalej wpis, który pojawił się na Facebook'owej grupie POLSCY MEDIEWIŚCI. To jest po prostu niesamowite i trzeba głośno protestować przeciwko przenikaniu turbosłowiańskich wymysłów do głównego nurtu nauki, bo to jest po prostu kompromitujące.

"Wiem, że od czasu do czasu przebija się tu informacja o tzw. bzdurach lechickich publikowanych przez niejakiego Janusza Bieszka. To, co Państwu pokażę może przyprawić o szok. Artykuł pochodzi z punktowanego czasopisma historycznego (lista B, 9 pkt), gdzie autor powołuje się na książkę "Słowiańscy królowie Lechii. Polska starożytna" J. Bieszka, oraz na informacje ze strony internetowej prowadzonej przez Adama Fularza, który publikuje na niej różnego rodzaju historiograficzne starocie wraz z totalnymi bredniami, ale również głupoty polityczne czy ekonomiczne. Są one dla Autora artykułu ważnymi i rzetelnymi publikacjami, które umieścił w tekście swego studium.

Pomijam tutaj wartość merytoryczną tego tekstu, w którym Autor nie posługuje się nawet językiem hebrajskim, by badać proponowaną przez niego kwestię.


Link do rzeczonego artykułu w Scripta Historica: https://ssh.apsl.edu.pl/baza/wydawn/ssh023/49-60.pdf


Link do przywoływanej przez autora strony Adama Fularza: http://www.poselska.nazwa.pl/wieczorna2/historia-nowozytna/wislania-od-czasow-wyslawa-ok-880-ne-ksiecia-krolestwa-lechitarum


Na zdjęciu: fragment treści tekstu J. Belzyta ze strony 54".


"Poza tym artykułem książki Bieszka pojawiły się m.in. w doktoracie Wojciecha Paszyńskiego pt. "Sarmaci i uczeni. Spór o pochodzenie Polaków" (Kraków 2017), gdzie jest traktowany jako alternatywna i równorzędna do naukowych teoria o początkach Polski oraz do artykułów prof. Wojciecha Cynarskiego z Uniwersytetu Rzeszowskiego, gdzie powołuje się na Bieszka (i innych) na łamach czasopisma "Ido. Movement for Culture" (lista B, 10 pkt), którego jest redaktorem naczelnym".

"Artykuł ten jest z mojego "poletka", a odkryłem go dziś rano, jako że co jakiś czas sprawdzam nowości bibliograficzne do pisanego przeze mnie artykułu o Księdze Josippona. Początkowo byłem zszokowany, bo przestraszyłem się, że ktoś mnie uprzedził z badaniami. W toku lektury odkryłem, że mam do czynienia z pracą zupełnie dyletancką. Najważniejsze wady pozwolę sobie wypunktować:
 
- brak śladów znajomości języka hebrajskiego, nawet na poziomie podstawowym;
- autor przeprowadza językową analizę nomenklatury Gebalim oparłszy się na jej transkrypcji, a nie oryginalnym zapisie hebrajskim, w dodatku postrzega ją bezpodstawnie za zlepek grecko-hebrajski;
- niezrozumienie naukowej transkrypcji hebrajszczyzny z antologii Lewickiego-Kupfera;
- kolosalne braki bibliograficzne;
- powoływanie się na literaturę pseudonaukową;
- język miejscami wręcz agitatorski ("Nas, jako Polaków, jako Słowian, powinien zainteresować", "w tym momencie polecam zapoznanie się z książką Bieszka jako zaczątkiem do dalszych poszukiwań prawd historycznych"; etc., etc.

 
Blamaż wydawnictwa i kompromitacja dla redakcji Słupskich Studiów Historycznych (obecnie Scripta Historica)."

piątek, 2 lutego 2018

Kim był Michał Pakos?



Zamek Žrnov
Przed dwoma tygodniami komentowałem jeden z fragmentów "Pamiętników" Ludwika Tuberona, w którym mowa była o tajemniczej rzece Horion. Dziś kilka słów poświęcę osobie Michała Pakosa.


W maju 1515 r. wojewoda Jan Zapolya, na czele oddziału liczącego około pięciu tysięcy konnych i pieszych, ruszył przeciwko znajdującemu się w rękach Osmanów zamkowi Žrnov (Avala). Wyprawa zakończyła się całkowitą klęską, a przy okazji Węgrzy utracili całą artylerię zabraną z garnizonu belgradzkiego, co kilka lat później walnie przyczyniło się do upadku tej twierdzy. Nie tego jednak dotyczyć ma dzisiejszy wpis.


Otóż na odsiecz Avali ruszył sandżakbej Smedereva Bali-beg Jahjapiašić. Ponieważ bejowi nie zależało na walce z Węgrami, a jedynie na zniechęceniu ich do oblegania twierdzy, uciekł się do podstępu udając, że dysponuje wielokrotnie większymi siłami, niż w rzeczywistości. Gdy przerażeni Węgrzy rzucili się do ucieczki, bezładny odwrót powstrzymać miał według Tuberona jeden człowiek – nadzwyczaj śmiały i odważny mąż Michał Pakos. Jak komentował kronikarz, nie było możliwe, by zapobiec hańbie klęski, dzięki Michałowi jednak udało się ją odroczyć. Szlachcicowi temu udało się nakłonić Węgrów, by "pozostali na miejscu i nie bali się nieprzyjaciela, o którym nie mają żadnych pewnych wieści", ponadto umocnił on "obóz strażami i rozkazał wojsku, aby było gotowe do boju, dodając, że słowom dezerterów w ogóle nie należy lekkomyślnie wierzyć".


Osmański fortel nie powiódł się, musiało więc przyjść do walki. Turcy zdobyli węgierskie działa ostrzeliwujące mury Avali. I w tym momencie po raz drugi na kartach "Pamiętników" pojawił się Michał Pakos. Gdy nastał świt, "z trudem znosząc tak wielką hańbę swojego narodu", ruszył ze swymi ludźmi, by odebrać Turkom zagarnięte przez nich spiżowe armaty. Zamierzał przeciągnąć je do głównego obozu, by nie pozwolić na to, ażeby zagarnął je nieprzyjaciel. Po niewielkiej potyczce udało mu się wyprzeć Osmanów z zajętej pozycji i rozpoczęto załadunek dział na wozy. Wówczas to dzielny Michał Pakos zginął trafiony kamienną kulą wystrzeloną z twierdzy. Widząc, w jak nieszczęśliwy i godny pożałowania sposób poniósł śmierć nieustraszony oficer, zarówno dowodzony przez niego oddział, jak i cała reszta wojska węgierskiego, pozostawiwszy działa, rzuciły się do ucieczki, "chociaż nikt z nieprzyjaciół ich nie ścigał. Turcy bowiem, jako że nie byli nastawieni do walki, niczego bardziej nie chcieli od tego, by Węgrzy przerwali oblężenie Avali i odeszli bez walki".


Co do osoby Michała Pakosa to wydawcy źródła piszą jedynie, iż jest to postać bliżej nieznana. Wypada zatem rzucić na nią nieco światła, tym bardziej, iż jego rola w węgierskim społeczeństwie szlacheckim niewątpliwie była znaczna. W przeciwnym wypadku bowiem nie udałoby mu się nakłonić samym swoim autorytetem ziomków do utrzymania pozycji pod Avalą. Jego nazwisko możemy odnaleźć w źródłach historycznych. Dowiadujemy się z nich m.in., iż szlachcic Michael de Pakos, nie piastujący żadnego urzędu ani nie noszący żadnej godności, znajdował się na liście świadków sejmowego dokumentu dotyczącego elekcji węgierskiego króla po ewentualnej bezpotomnej śmierci Władysława Jagiellończyka, odczytanego po węgiersku i przyjętego przez węgierską szlachtę 13 października 1505 r. [Tudománytár, közre bocsátja a Magyar tudós társaság, t. 6, wyd. J. Luczenbacher, P. Almási Balogh, Buda 1839, s. 63; Torontál Vármegye hajdana, wyd. B. Ágoston, Buda 1845, s. 66. Uchwała ta wykluczała możliwość objęcia tronu węgierskiego przez cudzoziemca, w zamyśle i istocie znosząc wszelkie roszczenia Habsburgów w tym zakresie. Zob. K. Baczkowski, Przesilenie polityczne na Węgrzech w latach 1505-1507 na tle stosunków habsbursko-jagiellońskich, „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace Historyczne”, 91 (1988), s. 7-31]. 


Tenże Mihály Paksi (de Pakos), wraz ze znanym dyplomatą węgierskim Barnabasem Bélai, w latach 1508-1513 piastował godność bana Szörényi, ważnej terytorialnie, militarnie i administracyjnie jednostki terytorialnej Królestwa Węgier, odgrywającej szczególnie istotną rolę w obronie kraju przez Osmanami [A. Magina, At the Border of Transylvania: the County of Severin/ the District of Caransebeş in the 16th-17th Centuries, “Transylvanian Review” 22 (2013), supplement nr 4, s. 295-306]. Nie można zatem powiedzieć, iż Michał Pakos był osobą anonimową i nieznaną.

wtorek, 23 stycznia 2018

Bibliografia katalogów inkunabułów i starych druków


Bibliografia katalogów inkunabułów i starych druków znajdujących się w zbiorach polskich oraz opracowań monograficznych poświęconych księgozbiorom historycznym. Zestawienie nie obejmuje dziejów drukarstwa oraz katalogów poloników za granicą.

  1. 50 inkunabułów w Bibliotece imienia Zielińskich Towarzystwa Naukowego Płockiego, opr. H. Kostanecka, Płock 1985
  2. Ameisenowa Z., Rękopisy i pierwodruki iluminowane Biblioteki Jagiellońskiej, Wrocław 1958 
  3. Antosiewicz K., Katalog inkunabułów Biblioteki Kapituły Metropolitalnej w Krakowie [w:] „Analecta Cracoviensia”, T. 12, Kraków 1980
  4. Barwiński E., Katalog inkunabułów Biblioteki Uniwersyteckiej we Lwowie, Lwów 1912
  5. Bazielich W., Resztki biblioteki parafialnej w Starym Sączu, „Roczniki Biblioteczne” 6 (1962), z. 3/4, s. 147-170
  6. Benis, Materiały do historii drukarstwa i księgarstwa w Polsce. I. Inwentarze księgarń krakowskich Macieja Scharffenberga i Floriana Unglera (1547-1551). II. Inwentarze bibliotek prywatnych (1546-1553) [w:] „Archiwum do Dziejów Literatury i Oświaty w Polsce” t. 7, Kraków 1892, s. 1-71; 202-240
  7. Berger-Mayerowa J., Nie znane Estreicherowi „Polonica” i „Silesiaca” w starodrukach Biblioteki Śląskiej, Seria 1-2, Katowice 1961-1968
  8. Biblioteka Główna Akademii Medycznej im. K. Marcinkowskiego w Poznaniu. Informator. Katalog starych druków, Poznań 1990
  9. Biblioteka klasztoru benedyktynów na Świętym Krzyżu : katalog wystawy, oprac. katalogu Bożena Piasecka ; autorzy wstępu: Andrzej Dąbrowski, Maria Cubrzyńska-Leonarczyk, Bożena Piasecka, Kielce 2006
  10. Biblioteka Sapiehów z Krasiczyna w Zamku Królewskim na Wawelu, t. 1: Katalog starych druków. Polonica z wieków XVI-XVIII, red. S. Siess-Krzyszkowski, K. Stompór-Lesiecka, A. Baran, Kraków 2013

sobota, 20 stycznia 2018

Czy w pobliżu Kairu płynęła rzeka Horion?



Latem ubiegłego roku wydawnictwo Historia Iagellonica opublikowało polski przekład „Pamiętników o czasach moich” Ludwika Tuberona de Crieva w przekładzie Piotra Wróbla i Jana Bonarka. Znaczna część tego interesującego tekstu poświęcona została dziejom Imperium Osmańskiego. Pewne ich fragmenty wymagają jednak komentarza. Oto jeden z nich.

W 1517 r. Imperium podporządkowało sobie Syrię i Egipt. Według Tuberona Turcy zbliżając się do Kairu przekroczyli pustynię i rozłożyli się obozem nad „rzeką Horion” („ad Horionem amnem”). 

Wydawcy tekstu ograniczyli swój komentarz do uwagi, iż trudno ustalić z całą pewnością, jakie miejsce kronikarz miał na myśli. Gdy spojrzymy na mapę uświadomimy sobie, że w istocie nie mogła to być żadna rzeka ani też odnoga Nilu. Kair leży na prawym jego brzegu i wojska maszerujące z północnego wschodu, z Syrii, nie musiały przekraczać żadnej rzeki, by dotrzeć do tego miasta. Cóż zatem mógł mieć na myśli kronikarz? Najprawdopodobniejsze wydaje się, iż wzmiankę tę należy odnosić do pozostałości kanału Trajana, przebiegającego niegdyś na południe od Kairu, przez antyczną rzymską twierdzę Babilon. 

Według Tuberona, po przekroczeniu „Horionu” wojska tureckie miały znaleźć się na południe od Starego Kairu, co faktycznie odpowiada położeniu tego kanału. Χωριον w języku greckim oznacza po prostu wieś. Być może więc Turcy rozłożyli obóz w jakiejś osadzie leżącej nad pozostałościami wspomnianego kanału, zniszczonego w VIII w., a następnie przeszli na jego drugą stronę.

Możemy zakładać, że informacje Tuberona w tej kwestii były niedokładne. Relacje współczesne dotyczące wydarzeń rozgrywających się na Bliskim Wschodzie i w Afryce północnej poznawał poprzez łańcuch pośredników. Chętnie czerpał przy tym ze źródeł starożytnych czy też późniejszych dzieł historiograficznych (tutaj obejmujących konkretnie dzieje Egiptu w czasach cesarza Trajana), śmiało posługując się antycznymi nazwami geograficznymi. Z tej kombinacji nieprecyzyjnych współczesnych przekazów pośrednich oraz opisów pochodzących sprzed kilkunastu wieków narodzić się mogła owa nieistniejąca w rzeczywistości „rzeka Horion”.

Po przekroczeniu „Horionu” Turcy znaleźli się na pozycjach na południe od Starego Kairu, „na ziemi babilopolitańskiej, niedaleko od stolicy Czerkiesów” (Czerkiesami nazywał Tuberon mameluków rządzących Egiptem do osmańskiego podboju), i tutaj założyli nowy obóz. 

Ziemia babilopolitańska to obszar na południe od Starego Kairu. Jego nazwa pochodziła od starożytnej rzymskiej twierdzy Babilon (arabska nazwa: Kar asz-Szam), powstałej w czasie okupacji perskiej i odbudowanej również w czasach Trajana. Obecnie stanowi koptyjską część Kairu. Przecinał ją kanał, który najprawdopodobniej Tuberon błędnie nazwał „rzeką Horion”.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Stosunki księcia litewskiego Witolda z Zakonem krzyżackim

"Stosunki księcia litewskiego Witolda z Zakonem krzyżackim w Prusach w czasie walki o litewskie dziedzictwo: 1382-1401".

Praca nad polskim przekładem zakończona. To prawda, że książka ta powstała przed niemal stu laty i samo uzupełnianie jej o nowsze wyniki badań wymagałoby napisania przynajmniej drugiego tomu o podobnej objętości, niemniej rzecz jest naprawdę ciekawa i prezentuje punkt widzenia, który może zainteresować polskiego czytelnika. Jej zaletą jest także syntetyczne ujęcie problematyki.

"Fürst Witold von Litauen" to rozprawa doktorska berlińskiego bibliotekarza, Karla Heinla. Publikacji pikanterii dodawać może fakt, że autor był ideowo zaangażowanym członkiem NSDAP i wysokim funkcjonariuszem nazistowskim. Zajmował się nazifikacją instytucji kultury. W czerwcu 1933 r. przedłożył Ministerstwu Propagandy i Oświecenia Publicznego długi memoriał, w którym prezentował biblioteki jako idealny środek do przebudowy sposobu myślenia całego narodu niemieckiego w duchu narodowosocjalistycznym. Memoriał ten nosił tytuł "Memorandum w sprawie budowy niemieckiego systemu bibliotek publicznych w ramach przebudowy całego niemieckiego życia kulturalnego i narodowego, obejmującego narodowy program edukacyjny rządu Rzeszy".

poniedziałek, 3 lipca 2017

E. Vulliamy, Wojna umarła, niech żyje wojna


Książka Eda Vulliamy’ego, wbrew temu, co może sugerować jej tytuł, nie jest opowieścią o wojnie. To opowieść o bezradności i bezczynności rządów i organizacji międzynarodowych oraz opinii publicznej wobec zbrodni wojennych, o zaniedbaniach, a czasem wręcz o celowych zaniechaniach w zakresie pociągania zbrodniarzy do odpowiedzialności. To opowieść o niezabliźnionych ranach, o niewyrównanych rachunkach krzywd, o niesprawiedliwości i kłamstwie, które nie pozwala przebaczać. Niestety znów (a raczej wciąż) aktualna. Bo to, o czym pisze ten znakomity brytyjski dziennikarz, jest bardzo uniwersalne. Jak antyczną tragedię, jego książkę można odczytywać wciąż na nowo w różnych kontekstach i podkładając pod nią różne daty i miejsca – Auschwitz, Kielce, Bośnia, Rwanda, Syria… Ten dramat jest odgrywany wciąż na nowo. Zmieniają się miejsca i czasy, lecz to, co pozostaje niezmienne, to obojętność i bezczynność rządów i międzynarodowej opinii publicznej. Zawsze ona zawodziła (przypomnijmy sobie choćby beznadziejną misję „Kuriera z Warszawy”), zawodzi dziś (zupełnym kuriozum jest wygłoszone niedawno stwierdzenie, że ofiarom wojny trzeba pomagać „na miejscu”; więźniom obozów koncentracyjnych zapewne również?) i najpewniej zawodzić też będzie w przyszłości. Nasz grzech zaniechania jest tym cięższy, im doskonalszymi środkami komunikacji masowej dysponujemy. Dziś nie da się już własnej abnegacji zrzucić na niewiedzę. Wiemy o wszystkim, tyle, że nas to po prostu nie obchodzi.

Memento dla naszej cywilizacji stanowią cytowane przez Autora słowa ocalałego z Holocaustu Thomasa Buergenthala: „Zawsze, gdy słyszę te piosenki, mam przed oczyma śpiewających je ludzi w getcie. Ich przekaz jest dobrze znany ofiarom z Bośni i Rwandy oraz miejsc, których nazw już nie pamiętamy. Nazwy się zmieniają, ale nie zmienia się ludzkie cierpienie ani obojętność społeczności międzynarodowej. Nim w końcu podejmiemy jakieś działania, jeśli w ogóle je podejmujemy, giną tysiące niewinnych ludzkich istnień. (…) Jak wytłumaczymy dzieciom i wnukom, że w naszym świecie potrafimy szybko zorganizować czterdzieści miliardów dolarów, by ratować gospodarkę tego czy innego dalekiego kraju, bo jej upadek może źle wpłynąć na notowania na giełdzie, ale guzdrzemy się niemiłosiernie, gdy trzeba ratować ludzi przed śmiercią i cierpieniem zadawanymi przez bezlitosny reżim?”.

Ed Vulliamy pokazuje, że historia odgrywana jest wciąż na nowo wcale nie jako farsa. Chyba że za farsę uznamy fakt, iż kolejne tragedie nie uczą niczego nas jako ludzkości. Skazani jesteśmy na powtarzanie tych samych błędów i przeżywanie wciąż od nowa tych samych tragedii. To nieustannie dzieje się na naszych oczach i trudno nie ulec lękowi, że wydarzy się znów, tym razem u nas.

Kielce w 1946, Omarska w 1992, setki innych miejsc, „których nazw już nie pamiętamy” lub też nigdy ich nie poznaliśmy – tu i tam ci, którzy przeżyli, stawiają sobie pytanie: jak to możliwe, że sąsiedzi, znajomi, przyjaciele, koledzy ze szkoły czy z pracy w imię ideologii mogą zamienić się w dzikie bestie i okrutnie mordować tych, obok których żyli i mieszkali przez dziesięciolecia tylko dlatego, że ci wyznawali inną wiarę? Jak mają żyć ci, którzy z pogromów ocaleli? Czy jest możliwe wybaczenie i pojednanie?

O tej książce nie trzeba wiele pisać. Ona mówi sama za siebie. To jedno z najważniejszych dzieł początku naszego stulecia.

Ed Vulliamy, Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016