niedziela, 14 czerwca 2026

M. Cholewa, Fake off

Fake news, dezinformacja, manipulacja, kłamstwo – to tylko kilka przykładów szkodliwych zachowań informacyjnych, z którymi mamy do czynienia w sferze publicznej. Dzięki mediom cyfrowym stały się one naszą codziennością, a niebezpieczne zjawiska coraz bardziej intensyfikują się wraz z rozwojem sztucznej inteligencji, w tym technologii deep fake. Borykamy się z nimi na co dzień i niestety nikt nie jest na nie odporny. Każdy z nas przynajmniej od czasu do czasu daje się złapać na haczyk nieprawdziwej informacji. Nieco nadziei w tej sytuacji daje to, że mamy instytucje fact-checkingowe, które sprawdzają informacje w naszym imieniu. Dysponujemy także narzędziami, które możemy wykorzystywać sami, by się przed dezinformacją bronić.

 
Zjawisko dezinformacji jest badane i opisywane w rosnącej liczbie publikacji zarówno naukowych, jak i publicystycznych. Do tych ostatnich należy książka Mateusza Cholewy, dziennikarza i zastępcy redaktora naczelnego Stowarzyszenia Demagog. Wszyscy mniej więcej wiemy, czym jest fake news, skąd się bierze, jak się rozprzestrzenia, czego dotyczy i dlaczego są ludzie, społeczności, firmy czy nawet państwa, którym zależy na rozsiewaniu nieprawdziwych informacji w przestrzeni publicznej, brutalizacji i obniżaniu poziomu debaty, niszczeniu zaufania do instytucji, destabilizacji społeczności etc. O tym pisze Cholewa, okraszając teorię aktualnymi przykładami, nie oszczędzając polityków, antyszczepionkowców, podcasterów czy dziennikarzy zapraszających do swoich programów pseudolekarzy. 
 
Już wcześniej pisałem, iż mam nadzieję, że pozycja ta wzbogaci bibliografię opracowań wykorzystywanych na moich zajęciach o pseudonauce. Istotnie, dopisuję. Bo znaczna część tej książki dotyczy pseudonauki właśnie. I Wy także wciągnijcie „Fake off” na listę lektur. Bo Wami też ktoś chce manipulować. 
 
A pseudonauka jest groźna nawet wówczas, gdy na pierwszy rzut oka wygląda zabawnie.

P. Čornej, Rewolucja husycka. Krótka historia

 


Zjawisko średniowiecznych herezji cieszy się zainteresowaniem zarówno wśród badaczy, jak i wśród szerokiego grona odbiorców pasjonujących się historią. Polski czytelnik dysponuje już bogatym wyborem publikacji poświęconych tej problematyce, których nie ma potrzeby w tym miejscu szczegółowo wyliczać. Tymczasem bowiem interesuje mnie wyłącznie jeden z wielu ruchów reformatorskich epoki – czeski husytyzm.
 
Ograniczając zatem zakres wskazówek bibliograficznych wyłącznie do zagadnień związanych z husytyzmem wspomnieć trzeba o pracach Pawła Krasa, Wojciecha Iwańczaka, ale przede wszystkim Stanisława Byliny (m.in. trzytomowa „Rewolucja husycka”) czy Františka Šmahela (również trzytomowa „Rewolucja husycka”). Przed dwoma laty Państwowy Instytut Wydawniczy opublikował dwutomową biografię Jana Žižki autorstwa czeskiego literaturoznawcy i mediewisty Petra Čorneja. Obecnie z tego samego wydawnictwa otrzymujemy krótką historię rewolucji husyckiej pióra tegoż autora.
Husytyzm był ruchem religijno społecznym powstałym na początku XV wieku w Czechach. Wywodził się z nauczania Jana Husa – kaznodziei i reformatora, który krytykował nadużycia popełniane przez Kościół, domagał się powrotu do Ewangelii i postulował moralną odnowę duchowieństwa. Ruch ten stał się impulsem do szerokich przemian społecznych oraz buntów przeciwko władzy kościelnej i świeckiej. Jego fundamentem były zatem zmiany tyleż religijne, co społeczne.
 
Po spaleniu Jana Husa na stosie w czasie soboru w Konstancji (1415) ruch radykalizował się, co doprowadziło do wybuchu tzw. wojen husyckich (1419-1436). Husyci odnieśli szereg zwycięstw militarnych nad próbującymi spacyfikować wznieconą przez nich burzę obrońcami dawnego porządku, a ich armie, zwłaszcza taboryci, stały się symbolem nowatorskiej taktyki na polu walki (por. na ten temat A. Michałek, „Wyprawy krzyżowe. Husyci”, Warszawa 2024). Przez Kościół rzymski czeska propozycja reformy religijnej została stanowczo odrzucona, a zachodnie społeczeństwa potraktowały ją jak próbę rozbicia jedności świata chrześcijańskiego.
 
Książka Čorneja to praca w ścisłym tego słowa znaczeniu popularyzatorska. Składa się na nią seria osiemnastu artykułów przygotowanych dla gazety „Lidové Noviny” z okazji sześćsetnej rocznicy rewolucji husyckiej w Czechach (2020). Wartość tekstów podnosi trafnie dobrany materiał ilustracyjny oraz mapy. Autor w syntetyczny, prosty i jasny sposób przedstawia powstanie, rozwój, zakończenie i bilans tego ruchu religijno-społecznego.
 
Tekstowi zasadniczemu towarzyszą biogramy wybranych postaci dodane w ramce na końcu każdego rozdziału (jeśli pamiętacie kapsułki z podręczników lub książek Normana Daviesa, to wiecie, o co chodzi).
 
„Rewolucja husycka” wznawia po okresie zawieszenia serię tzw. „małych Ceramów” wydawanych przez PIW. Czy to nowe otwarcie można uznać za wyrazisty akcent programowy? Sądzę, iż ta książka ma realne szanse na sukces komercyjny, jako że porusza tematykę budzącą żywe zainteresowanie, a jej narracja została poprowadzona sprawnie, z wyczuciem i odrobiną poczucia humoru, co czyni lekturę wyjątkowo przystępną. Pozostaje natomiast pytanie, co taki właśnie wybór zapowiada odnośnie do dalszych losów serii. Czy rozwijać się ona będzie w kierunku lżejszej popularyzacji? Czas pokaże.

wtorek, 28 kwietnia 2026

T. Rożek, Władza, pieniądze, nauka

 

Nauka nie ma łatwych odpowiedzi na wszystkie pytania, niemniej jest najlepszym narzędziem, jakim dysponujemy, służącym do poznawania świata. Niestety tak jak wszystkie wytwory ludzkiej kultury, także i ona bywa wykorzystywana w złych celach. Czasem rodzą się wokół niej patologie. Istnieją ludzie i grupy, które traktują naukę instrumentalnie, wykorzystując ją do osiągania doraźnych korzyści finansowych, wspierania własnych przekonań ideologicznych lub realizowania celów politycznych. Rezultaty są szkodliwe, a często wręcz zabójcze zarówno dla ludzi, jak i dla całego środowiska naturalnego.
 
Techniki manipulacji nauką bywają różne, np. generuje się nieistniejący spór naukowy (jak w przypadku lobbowania na rzecz przemysłu tytoniowego, w obronie którego powołano specjalny pseudonaukowy instytut mający przedstawiać alternatywne wyniki badań i bronić koncerny przed faktami [sic!] wynikającymi z badań naukowych). Nieuczciwi naukowcy, czy też osoby jedynie udające naukowców, przedstawiają sfabrykowane dane, nierzetelne opinie, manipulują wynikami testów, ukrywają fakty i niekorzystne wyniki badań. Niejednokrotnie nauka przegrywa z korupcją, wielkim biznesem, polityką czy ideologią. Tam, gdzie w grę wchodzą władza oraz interesy finansowe, nauka często zostaje pozbawiona realnych możliwości oddziaływania.
 
Przykładów takich skandalicznych sytuacji, jak te zgromadzone w książce Tomasza Rożka, można byłoby podać oczywiście znacznie więcej (zainteresowanych odsyłam do książki Toma Phillipsa „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko”; szczególnie polecam historię zastosowania ołowiu jako domieszki do benzyny). Jednak zamysłem Autora było przedstawienie mechanizmu manipulacji nauką, nie zaś wyczerpującego katalogu zdarzeń. Konkluzja pozostaje jednoznaczna: lekceważenie nauki i opinii ekspertów prowadzi do tragicznych konsekwencji. A nauka, choć bywa niedoskonała, pozostaje najlepszym narzędziem, jakim dysponujemy, by zaspokajać naszą ciekawość, poznawać rzeczywistość w całej jej złożoności, czynić nasze życie lepszym i próbować chronić planetę, która jest naszym jedynym domem.
 
Pseudonauka to chwast wyrastający z wielu korzeni. Chciwość jest jednym z nich. I o tym też jest ta książka.

sobota, 28 marca 2026

A. Kantorysiński, Morskie wyprawy przez stulecia


 Nowość, bardzo ładnie wydana, w twardej oprawie, na dobrym papierze i ze świetnymi ilustracjami i mapkami (co jest zdecydowanie atutem tej książki). Tekst na poziomie bardzo popularnym czy wręcz potocznym, napisany ze szczególnym temperamentem, z dużą dozą ironii i rubasznego poczucia humoru oraz odniesieniami do elementów współczesności (np. „ciemny lud wszystko kupi”). Zdarzają się błędy merytoryczne (np. Egipt w epoce napoleońskiej nie był już od prawie 300 lat państwem mameluckim) czy literówki (np. marka amerykańskich samochodów terenowych to Hummer, nie Hammer). Są też swego rodzaju dziwactwa czy anachronizmy językowe – Kantorysiński wielokrotnie pisze „zaoczyć” zamiast „zobaczyć”. Z drugiej strony Autor odnosi się krytycznie do pewnych teorii czy eksperymentów, o których wiemy, że były niewiarygodne, jednak do dziś często są bronione (np. wyprawa Thora Heyerdahla). Całość czyta się dość dobrze, więc jednak raczej na plus.

piątek, 27 marca 2026

J. Elledge, Granice świata


Granica to jeden z najważniejszych wynalazków ludzkości. Polityczne linie graniczne towarzyszą ludzkości od zarania jej historii i choć dziś różnie je oceniamy (jedni chcą je likwidować, inni umacniać), najprawdopodobniej istnieć będą tak długo jak i ona. Tym właśnie problemom poświęcona jest popularna, potoczyście i ze sporą dozą poczucia humoru napisana książka Jonna Elledge’a. Angielski dziennikarz opowiada o tym, jak linie rysowane na mapach potrafią zmieniać historię. Składające się na ten tom rozdziały-eseje można czytać po kolei od pierwszego do ostatniego, można je też mieszać, przeskakiwać, układać w dowolnej kolejności, można też czytać zupełnie wybiórczo. To Ty, Czytelniku, decydujesz.

A tekst, jak sądzę, spodoba się miłośnikom historii, kartografii czy też każdemu, kto po prostu chce wiedzieć więcej o świecie.

I pamiętajcie, że z kodem OHISTORII od 1 kwietnia dostaniecie 25% rabatu od cen katalogowych na wszystkie książki Wydawnictwo Naukowe PWN dostępne na stronie https://ksiegarnia.pwn.pl/

czwartek, 19 lutego 2026

D. Dunn, Zagubiony wątek


 „Postawiłam sobie za cel napisanie książki, która obroni się jako nowa historia starożytnego świata i będzie podkreślać w nim rolę kobiet. To nie jest książka o kobietach, lecz historia starożytności napisana przez pryzmat kobiet w takim stopniu, w jakim to było możliwe”, deklaruje Daisy Dunn, filolożka klasyczna z wykształcenia, zawodowo felietonistka, autorka „Zagubionego wątku”.

Na ile to się udało? Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia. Bo ostatecznie wyszło trochę… nijako. Jest to popularna i uproszczona opowieść o grecko-rzymskich dziejach starożytnych, w którą wplecione zostały, bardzo ogólnie rzecz ujmując, wątki kobiece, ponoć dotychczas zagubione. Ale z pewnością nie jest to nowa historia świata starożytnego ani nawet tej jego części, o której pisze Autorka.

Czy rzeczywiście odkrywamy wraz z Daisy Dunn jakąś brakującą część opowieści o starożytności Grecji i Rzymu? Nie będzie chyba zaskoczenia, gdy powiem, że wydawcy składali obietnice na wyrost. Brak tu bowiem nowych źródeł czy zdumiewających interpretacji, czy w zasadzie czegokolwiek, co byłoby niemożliwe do odnalezienia w dotychczasowej literaturze dla przeciętnego miłośnika historii. Być może swego rodzaju nowością jest splot nieco ciaśniej wiążący ów „zagubiony wątek” z dziejami powszechnymi, trudno jednak mówić o jakimś zasadniczym, fundamentalnym zwrocie w tym zakresie. 

Tym bardziej, że opracowań dotyczących „historii kobiecej”, zarówno popularnych (jak choćby wydane w Polsce w 2024 r. „Kobiety imperium rzymskiego. 21 zapomnianych historii” E. Southon), jak i naukowych (R. Pernoud, P. Veyne, M. Beard, J.-P. Roux, by wymienić tylko kilka najbardziej znanych nazwisk) powstało już naprawdę wiele. Moja prywatna biblioteczka z tego zakresu, chronologicznie od starożytności do wczesnej nowożytności, liczy już około 100 woluminów, a wciąż ukazują się nowe pozycje. Nie ma więc potrzeby udawania, że wyważa się jakieś drzwi, ponieważ są one już szeroko otwarte. Rozumiem oczywiście, że książka musi się sprzedać, ale tromtadracja w anonsach jest z mojego punktu widzenia niepotrzebna.

Autorka dość swobodnie miesza w swojej opowieści historię, literaturę i mitologię. W związku z tym, choć zasadniczo tekst ma charakter popularny, to jednak lektura wymaga sporej dozy czujności, by nie pogubić się, kiedy mowa jest o faktach historycznych, a kiedy o wydarzeniach mitycznych czy literackich. Niestety czasami samej Autorce mylą się te porządki (np. gdy bezkrytycznie opiera się na Herodocie), zdarzają jej się też nieścisłości (np. w historii Tarpei; jest to szczególnie uderzające, ponieważ skoro to kobiety są głównymi bohaterkami tej opowieści, to błędy w ich biografiach są dyskwalifikujące dla całości). Przydałoby się zatem trochę więcej staranności w opracowywaniu materiału.

Gender studies to bardzo ważny obszar badań humanistycznych, dzięki któremu możemy m.in. lepiej zrozumieć, jak działa społeczeństwo. „Zagubiony wątek” nie jest złą książką z tego zakresu i zapewne może spełniać rolę popularyzatorską, jednak nie będę ukrywał, że mnie ta lektura dość zmęczyła.

wtorek, 10 lutego 2026

A.R. Hołasek, Ideały życia codziennego chrześcijan na Wschodzie


Problematyka życia codziennego chrześcijan w późnym antyku pozostaje istotnym obszarem dociekań naukowych, podejmowanych zarówno przez badaczy specjalizujących się w historii tego okresu, jak i przez historyków Kościoła oraz archeologów, dla których stanowi ona kluczowy element rekonstrukcji realiów społeczno kulturowych epoki. Stanowi również przedmiot naturalnego zainteresowania licznych pasjonatów oraz wiernych, dla których chrześcijaństwo pozostaje żywą i aktualnie przeżywaną rzeczywistością.

Andrzej R. Hołasek w swojej znakomitej monografii podjął się badania tej problematyki, skupiając się na wschodnich wspólnotach wczesnochrześcijańskich (Egipt, Azja Mniejsza, północno-zachodnia Syria) w IV i V wieku. Autor przedstawia, w jaki sposób funkcjonowała wspólnota chrześcijańska tego okresu, poczynając od tego, kto i w jaki sposób mógł zostać biskupem czy też kapłanem niższego stopnia, a na obowiązkach jej świeckich członków kończąc oraz pokazuje, jak regulowane było życie powszednie społeczności.


Dla czytelników, którzy chcą się dowiedzieć, skąd w ogóle wiemy, jak to życie wyglądało, szczególnie ciekawy będzie przegląd źródeł, z których korzystał Autor.

Podstawą jego analiz są różnego rodzaju regulacje prawne i zalecenia spisywane przez biskupów, uczonych teologów czy wczesnochrześcijańskie autorytety. Musimy wszakże przy tym pamiętać, że badając tego rodzaju teksty normatywne możemy wyciągać pewne wnioski odnośnie do praktyk życia codziennego, jednakże dokumenty takie mogą obrazować jego bogactwo tylko w ograniczonym zakresie. To oczywiście nie jest zarzut pod adresem opracowania czy jego Autora, niemniej musimy brać to pod uwagę w czasie lektury.

piątek, 16 stycznia 2026

A. Piskor, Siedem ekscelencji i jedna dama

 

„Podczas bankietu z okazji wieloletniej działalności Franciszka Smolki na stanowisku przewodniczącego parlamentu austriackiego Dzieduszycki wygłosił słynną mowę, która ubawiła wszystkich obecnych.
- Starożytni Grecy – uroczyście powiedział wstając i trzymając w ręku kielich wina – wierzyli, że jeśli nowo narodzone dziecko muza ucałuje w czoło, to wyrośnie z niego mędrzec, jeśli w usta lub oczy – słynny mówca lub znakomity malarz. Gdzież ciebie, dostojny jubilacie, musiała ucałować muza, skoro od tylu lat zasiadasz na fotelu prezydenta rady państwa?”
A. Piskor, Siedem ekscelencji i jedna dama, Warszawa 1959, s. 298.
 
„Doskonały kawał udał mu się [Dzieduszyckiemu] w czasie posiedzeń sejmu krajowego we Lwowie. Mieszkając w hotelu George’a, kiedyś wieczorem przez drzwi zastawione szafą usłyszał czyjś głos , monotonnie powtarzający jakieś słowa. Odsunął szafę i zaczął pilnie nadsłuchiwać. Okazało się, że jakiś poseł ze stańczyków cierpliwie i systematycznie „kuł” przemówienie sejmowe na jutro. Pan Wojciech skrzętnie je zanotował korzystając z kilkakrotnych powtórzeń. Nazajutrz przybył do sejmu pierwszy i pierwszy poprosił marszałka o głos. Z wielką swadą, nie posługując się prawie notatkami, gdyż pamięć miał znakomitą, wygłosił dosłownie podsłuchaną mowę. Tymczasem na pierwszej ławce siedział sąsiad z hotelu – zdziwiony i zaskoczony, wsłuchiwał się w ułożone przez siebie, lecz wypowiedziane przez kogo innego zdania. Zapewne sądził, że jeszcze śpi i że męczą go senne, ponure koszmary”.
A. Piskor, Siedem ekscelencji i jedna dama, Warszawa 1959, s. 288.

niedziela, 11 stycznia 2026

A. Jankowiak, Bestie antyku


"Bestie antyku" to kolejny przykład nieudanej, moim zdaniem, popularyzacji. Autorka w dość dziwaczny sposób tłumaczy, czym są według niej mity i to już powinno powodować zapalenie światełka alarmowego. Narracja w kolejnych rozdziałach, poświęconych odpowiednio smokom i wężom (to najobszerniejsza część tekstu), stworzeniom leśnym, wilkołakom i wampirom,  światowi podziemnemu i demonom oraz gigantom i cyklopom, jest równie pobieżna, co chaotyczna. Czytelnik, który w liceum uważał na lekcjach języka polskiego, nie dowie się z tej książki niczego nowego. Generalnie raczej nie polecam, a przejmowanie od Anny Jankowiak sposobu rozumienia i interpretowania mitów zdecydowanie odradzam.

A. Jankowiak, Bestie antyku. Potwory i demony w starożytnym świecie Greków i Rzymian, Poznań 2024

sobota, 20 grudnia 2025

Uniwersytet Civitas i promocja pseudonauki


Już ponad półtora miesiąca czekamy na erratę do książki Karoliny Opolskiej, która miała się ukazać w ciągu kilku dni. Oczywiście wszyscy mamy świadomość, że od początku te zapowiedzi należało traktować anegdotycznie, bo to po prostu kolejne kłamstwo autorki oraz wydawnictwa związane z badziewiem opublikowanym pod tytułem "Teoria spisku"

Tymczasem o wiele poważniejszą kwestią jest brak reakcji pracodawców Opolskiej, przede wszystkim Uniwersytet Civitas. Uczelnia ta udaje, że nic się nie stało, nie wydała żadnego oświadczenia (a przynajmniej niczego takiego nie udało mim się odnaleźć), Opolska nadal pracuje ze studentami (jeśli po tej aferze jest w stanie patrzeć im w oczy, to pozostaje tylko pogratulować tupetu) oraz "pełni funkcje".
 
Czy jestem zaskoczony? Nie. Czy spodziewałem się czegoś innego? Nie. Czy uczelnia powinna zareagować? Tak. Choćby z powodu zapewnień rektora co do dbałości, jaką przywiązuje do jakości kształcenia. No niestety, jakość kształcenia zależy od jakości kadry, a ta została nieco postawiona pod znakiem zapytania. Brak reakcji w tej sprawie to bardzo zły sygnał. W Akademii nie może być miejsca dla promotorów pseudonauki, o innych oszustwach związanych z "Teorią spisku" nie wspominając.

piątek, 5 grudnia 2025

A. Grafton, Mag


Trzydzieści lat temu zaczynałem pisać pracę magisterską na temat staropolskich druków z zakresu wiedzy tajemnej. Mam wrażenie, iż od tamtego czasu zainteresowanie magią i historią czarownic wśród badaczy i czytelników nie słabnie, a opracowań poświęconych czarownictwu przybywa z roku na rok.

Wydany właśnie przez Państwowy Instytut Wydawniczy „Mag” Anthony’ego Graftona nie jest jednak opowieścią w stylu „Klubu Dumas” Arturo Pérez-Revertego (w ArtRage ukazało się właśnie bibliofilskie wydanie tej znakomitej powieści, polecam). Nie ma tu więc realnego działania złych mocy w naszym świecie. „Mag” to świetnie napisane popularnonaukowe dzieło na temat późnośredniowiecznej i renesansowej magii uczonej.

Grafton pisze o takich sztukach jak astrologia czy wróżbiarstwo, ale warto podkreślić, iż będzie to pasjonująca lektura także (a może przede wszystkim) dla osób zainteresowanych historią nauki i techniki. To może być dla czytelnika zaskoczenie, ponieważ znaczna część tekstu poświęcona jest nowożytnej technice (sztukom mechanicznym) – tak nowej i wspaniałej dla współczesnych, iż wydawała im się ona sztuką magiczną. Długie passusy poświęcono także kryptografii. Humaniści, jak Leon Battista Alberti, przekonani byli, iż to ludzki umysł oraz urządzenia i maszyny, a nie zaklęcia, „stanowią największe źródła ludzkiej potęgi” i wyśmiewali wiarę w demoniczne moce. 

Summa summarum, pysznie się to czyta. Ja m.in. znalazłem kilka ciekawych wskazówek dotyczących późnośredniowiecznych rękopisów. I sądzę, że żaden miłośnik historii, który sięgnie po tę książkę, nie będzie zawiedziony (o ile oczywiście nie poszukuje podręcznika czarnej magii).

wtorek, 2 grudnia 2025

M. Goodman, Herod Wielki


Imię Heroda stało się w języku potocznym synonimem złoczyńcy i zbrodniarza. I zasadniczo do tego ogranicza się współcześnie wiedza większości nie-historyków na temat tej postaci. Faktycznie jego biografia przepełniona była okrucieństwem (choć akurat przypisywana mu rzeź niewiniątek nie znajduje poświadczenia źródłowego), nie było to jednak niczym wyjątkowym w epoce, w której żył. A przecież postać to ważna i ciekawa. Idumejski król Judei, przyjaciel Rzymian (choć zmieniający stronnictwa), był władcą nowatorskim i skutecznym, jak pisze M. Goodman. Warto pamiętać o jego działalności nie tylko politycznej i administracyjnej, lecz także choćby o inicjatywach architektonicznych, o fundowanych przez niego ogromnym kosztem w różnych miastach królestwa monumentalnych budynkach czy o  dokonanej z rozmachem przebudowie Świątyni Jerozolimskiej.


Tę biografię warto przeczytać już choćby po to, żeby skonfrontować własne wyobrażenia wywołane czarną legendą sprokurowaną przez św. Mateusza Ewangelistę z faktami historycznymi.


piątek, 14 listopada 2025

A. Krzemińska, Homo nie tylko sapiens


Po co nam historia? To pytanie bywa dość często zadawane, a odpowiedź na nie, szczególnie w dzisiejszych czasach, jest niełatwa i nieoczywista. Argumentacja, którą tradycyjnie posługują się historycy, jest coraz mniej interesująca dla kolejnych pokoleń wychowanych na mediach cyfrowych i uczonych myśleć o przyszłości, nie o przeszłości.

A jednak są powody, dla których wiedzy o przeszłości potrzebujemy. Nie chodzi tylko o to, że dzieje ludzkości są po prostu frapujące. I o tym właśnie pisze Agnieszka Krzemińska.
 
Pradzieje są dla Autorki źródłem nieustającego zadziwienia, którym dzieli się ona z czytelnikami barwnie opowiadając, kim byli i jak żyli nasi prehistoryczni przodkowie – co jedli, z czego wyrabiali narzędzia, jakie kultury tworzyli czy też jak wpływali na środowisko i je przekształcali. 
 
Najciekawsze w tej książce jest to, że nie powtarza ona znanych już i utartych poglądów, lecz przedstawia najnowsze ustalenia badań archeologicznych, kwestionując pewne mity narosłe wokół popularnych wyobrażeń o prehistorii. Przy okazji rozprawia się także z pewnymi nurtami pseudonaukowymi, na przykład wyjaśniając, czym jest, a czym nie jest dieta paleo (i dlaczego nie istnieją żadne naukowe podstawy uzasadniające jej stosowanie) lub też dlaczego życie na łonie przyrody nie jest (i nigdy nie było) gwarancją dobrego zdrowia i długowieczności.
 
To książka napisana z prawdziwą pasją, co jako również pasjonat bardzo doceniam.
 
Disclaimer: Książka nie jest trudna, napisana została przystępnie i zrozumiale, ma więc charakter popularnonaukowy, niemniej przystępując do lektury warto pamiętać, że Autorka jest archeolożką i posługuje się językiem archeologii, a całość odnosi się do czasów prehistorycznych. Dzieło to więc czyta się nieco inaczej niż książki historyczne. Nie wiem, na ile to zastrzeżenie jest potrzebne, ale dodaję je na wszelki wypadek, by uniknąć ewentualnych nieporozumień.

czwartek, 13 listopada 2025

P. Sarris. Justynian. Cesarz, żołnierz, święty


Jest to najobszerniejsza dostępna polskiemu czytelnikowi, najbardziej szczegółowa i wyczerpująca (temat, a nie czytelnika, co bardzo ważne!), a przy tym przystępnie napisana biografia Justyniana. Życie i dorobek cesarza oraz bilans jego panowania przedstawione zostały na szeroko odmalowanym tle epoki (pierwsze niemal 100 stron książki to rys historii cesarstwa od Oktawiana Augusta do początku VI w.). Peter Sarris przedstawia obraz zróżnicowany, uwzględniający różne punkty widzenia, oceny, niejednoznaczności czy wątpliwości. Jest to książka niebanalna i szczerze ją polecam.

czwartek, 6 listopada 2025

K. Opolska, Teoria spisku czyli prawdziwa historia świata


Wiecie już, że pani dziennikarka Karolina Opolska wypuściła w świat produkt książkopodobny, w którym cytuje nieistniejące publikacje. Sprawa jest raczej jasna i oczywista, choć sama autorka oraz wydawnictwo brną w coraz bardziej żenujące kłamstwa. Ku mojemu zaskoczeniu, ale także satysfakcji, sprawa ta odbiła się szerokim echem w mediach, podobnie jak szarża Bogdana Rymanowskiego w obronie wolności szerzenia pseudonauki. Te wyhalucynowane przez bota opisy bibliograficzne, choć są spektakularną kompromitacją autorki i wydawnictwa, nie są jednak największym grzechem tej publikacji.

Wiecie już też, że autorka mydli czytelnikom oczy twierdzeniem, że do książki tej napisała wstęp sugerując, iż zawarła w nim szczegółowe wyjaśnienia, jak należy jej dzieło traktować. Ale jeśli nie mieliście tego tekstu w rękach to może nie wiecie, że ten wstęp liczy raptem dwie strony, a Opolska pisze w nim tak: 
 
„Ta książka nie powstała po to, by obalać mity. Nie jest kolejną popularnonaukową publikacją, która tropi błędy w myśleniu i prostuje fakty. Moim celem nie było wytykanie nieścisłości, lecz stworzenie katalogu hipotez, które dla milionów ludzi są czymś więcej niż teoriami, ponieważ stanowią sposób rozumienia rzeczywistości.
 
W książce nie ma tonów sceptycznych ani komentarzy w rodzaju: ‘To oczywiście nieprawda’. Każdy rozdział opowiada o świecie tak, jak został on opisany w narracjach spiskowych – w sposób spójny i logiczny, choć pozostający w sprzeczności z ustaleniami nauki”.
 
Wstęp ten zatem w najmniejszym stopniu nie sugeruje choćby, iż autorka w jakikolwiek sposób odnosi się sceptycznie do opisywanej rzeczywistości alternatywnej – według jej własnych słów spójnej i logicznej, choć pozostającej w sprzeczności z ustaleniami oficjalnej nauki. Nie oszukujmy się więc, że popularyzowanie treści pseudonaukowych i szkodliwych społecznie oraz przyzwolenie na ich propagowanie w dyskursie publicznym jest czymkolwiek innym niż tym, czym po prostu jest. To zwykła ściema mająca nieudolnie skrywać całkowity brak odpowiedzialności za słowo i przyzwolenie na wprowadzenie do debaty publicznej dowolnie bezczelnego kłamstwa.
 
Tym bardziej, że Opolska w tekście zajmuje dość wyraźnie określone stanowisko. I nie jest to stanowisko naukowe. Jej sympatia do pseudonauki wielokrotnie została wyrażona zupełnie otwarcie. Na przykład w rozdziale o płaskoziemcach pisze: „To nie jest pytanie o wiarę. To pytanie o rzeczywistość. A rzeczywistość – przynajmniej ta, którą widzimy na własne oczy – nie pływa po kuli. Ona trwa spokojnie, idealnie, od wieków na płaszczyźnie” (s. 14). Czy odnośnie do paleoastronautyki: „Czy można się dziwić, że pomimo braku dowodów uznawanych przez archeologię akademicką, rozmach i precyzja starożytnych konstrukcji nadal inspirują zwolenników teorii o pozaziemskim pochodzeniu pierwszych ziemskich cywilizacji?” (s. 44). Opolskiej w każdym razie to nie dziwi. Ona to rozumie i nie zadaje zbędnych pytań.
 
Podobne aprobatywne komentarze rozsiane są w całej książce co kilka stron. Owszem, możemy wierzyć Opolskiej na słowo, że to nic więcej jak tylko obiektywne przedstawianie hipotez i przekonań milionów ludzi. Ale byłoby to chyba dość naiwne. Możemy też czytać takie zdania wprost takimi, jakie są: jako niedwuznaczne deklaracje poparcia dla pseudonauki. 
 
Opolska co prawda wspomina od czasu do czasu, iż nauka oficjalna nie zgadza się z teoriami „nauki alternatywnej”, wszystkie te fragmenty jednak skonstruowano w taki sposób, iż po takim zastrzeżeniu następuje „ale” i wszelkie wyrażone raczej półgębkiem i zupełnie nieprzekonywująco wątpliwości naukowców kontrowane są odpowiedziami pseudonaukowców. W efekcie czytelnik utwierdzany jest w przekonaniu, że to ci ostatni mają rację, ponieważ to do nich należy ostatnie słowo, a ich argumentacja jest bardziej sugestywna. Tym bardziej, że tekst pisany jest autorytatywnie, wzbudzając u odbiorcy przekonanie o prawdziwości snutych opowieści. Opolska przedstawia pseudonaukowe racje pisząc: „W rzeczywistości było tak i tak” (np. o Wielkiej Lechii: „W rzeczywistości stworzyli oni [Słowianie – PT] zaawansowaną cywilizację, która miała system pisma, bogatą duchowość oraz rozwiniętą kulturę zarówno materialną, jak i społeczną” itd., s. 118). Owe wątłe zapewnienia zawarte w niby-wstępie, dotyczące niby-obiektywizmu i „katalogu hipotez”, pozostają w tym kontekście zupełnie bez znaczenia. Po kilku stronach takiej narracji czytelnik już o nich nie pamięta, jako że pseudonaukę serwuje się mu jako rzetelną wiedzę.
 
Rolą dziennikarza nie jest zapewnianie forum do wygłaszania dowolnych bredni każdemu, kto ma na to ochotę. Jest nią konfrontowanie rozmówców z faktami i zadawanie dociekliwych pytań. Niczego podobnego w tej książce po prostu nie ma. „Podstawowym obowiązkiem etycznym dziennikarza jest poszukiwanie i publikowanie prawdy” (Kodeks etyki dziennikarzy SDRP). Czy w przypadku „Teorii spisku” ten wymóg został spełniony? Czy Opolska poszukiwała prawdy i opublikowała prawdę? Nie, nie poszukiwała jej, bo jej na prawdzie po prostu nie zależy. Żadna z prezentowanych teorii pseudonaukowych czy spiskowych, żadna z wypowiedzianych bzdur nie została skonfrontowana z faktami. Celem Opolskiej nie było publikowanie prawdy, tylko wypichcenie tekstu budzącego kontrowersje (co się zdecydowanie udało), który ma się sprzedawać i napędzać oglądalność jej kanału na YT (co pewnie też się uda). Natomiast skutkiem ubocznym, który jej zupełnie nie interesuje, a który ma niestety konkretne konsekwencje negatywne dla nas wszystkich, jest oswajanie i upowszechnianie szurostwa w i tak już skonfliktowanym społeczeństwie. 
 
Dobrze przynajmniej, że książka ta wywołała tak szeroką debatę i Opolska całkiem zasłużenie spotkała się z falą krytyki. Może kubeł zimnej wody na głowę czegoś ją nauczy, dzięki czemu jej książka nie będzie tak całkiem bezwartościowa. Bo podobno każda książka jest tyle warta, ile się z niej autor nauczy.

czwartek, 30 października 2025

D. Mask. Adresy. Co mówią nam o tożsamości, statusie i władzy

Adres może być narzędziem przemocy symbolicznej lub manipulacji. Odmowa jego posiadania jest wyrazem buntu przeciwko aparatowi państwa. A ten z kolei z dużym wysiłkiem nadawał ulicom w miastach nazwy, a domom numery po to, żeby skuteczniej kontrolować obywateli, ale także po to, by sprawniej im pomagać.

Jak nadać adresy rozwalającym się budom w slumsach, których nie sposób nazwać domami? Jak zaplanować miasto i opracować jego mapę? Jak dzięki planom miast zapobiegać epidemiom chorób zakaźnych?

Poznajcie fascynującą historię adresów. Jest to świetna, dająca do myślenia opowieść reportersko-historyczna. Deirdre Mask wędruje przez miasta (ale też głęboką prowincję) Ameryki, Europy i Azji dociekając, w jaki sposób organizowana jest zamieszkała przez ludzi przestrzeń.


środa, 29 października 2025

W.J. Cynarski, O kulturze militarnej i kulturze fizycznej na ziemiach lechickich. Eseje haplologiczne


Czy możemy zaufać Hansowi Christianowi Andersenowi i braciom Grimm? Bo gdyby nikt nie zaufał pieśniom Homera, to pewnie nie odkrylibyśmy Troi.

Autor cytowanej publikacji, Wojciech Jan Cynarski, profesor tytularny nauk o kulturze fizycznej, o Homerze, jak się zdaje, wie tyle, ile zapamiętał ze szkoły podstawowej. Tymczasem wiara w historyczność mitu trojańskiego nie ma żadnych podstaw (nawet przekonanie o faktograficznej wiarygodności tzw. katalogu okrętów jest kwestionowane; btw. idę o każdy zakład, że Cynarski o żadnym katalogu nigdy nie słyszał), a miasto odkopane na tureckim wzgórzu Hisarlik prawdopodobnie nie jest Troją. Dokładniej na ten temat w: F. Kolb, „Zmanipulowana "Troja". Historia - mity – polityka”, Poznań 2016. Książka w polskim przekładzie ma już dziewięć lat, serio wystarczyło chwilę poguglać.


Jeśli w publikacji naukowej chce się błysnąć bon motami, trzeba je dobrze przemyśleć. Cynarskiemu w całej tej książce zabrakło nie tylko refleksji, ale także wiedzy oraz umiejętności krytycznych, analitycznych, a wreszcie znajomości metodologii naukowej oraz zwykłego warsztatu badacza.


Screen od Sigillum Authenticum przedstawia stronę z pseudonaukowej książki W.J. Cynarskiego „O kulturze militarnej i kulturze fizycznej na ziemiach lechickich. Eseje haplologiczne” (Rzeszów 2025), będącej kompromitacją Wydawnictwa Uniwersytetu Rzeszowskiego (publikacja wczoraj została usunięta z ich strony internetowej).

niedziela, 17 sierpnia 2025

M. Wilk, Jedyna. Biografia Karoliny Lanckorońskiej


 "Fertyczna" - tak również mógłby brzmieć tytuł biografii dr hab. Karoliny Lanckorońskiej, historyczki sztuki, wydawczyni źródeł historycznych, mecenaski setek polskich humanistów... długo by zresztą wymieniać. Jej życie było nie tylko długie, ale też niespokojne i wypełnione niekończącą się pracą. Sprawdźcie sami!

Marcin Wilk napisał niezwykle barwną, pełną życia opowieść biograficzną, ukazującą nie tylko postać bohaterki, lecz także czasy, w których żyła. Tekst wzbogacony jest licznymi fotografiami, a całość została bardzo pięknie wydana przez Wydawnictwo Znak. Jednym słowem, jest to książka znakomita.

poniedziałek, 14 lipca 2025

T. Phillips, J. Elledge, Spisek. Czyli kto nam wszczepia czipy i inne popie***one teorie


Zasadniczo bardzo polecam całą tę książkę.

„Albo raczej: prawdopodobnie tak to wyglądało. Mniej więcej. Nie wiemy tego na pewno, ponieważ jednym z efektów ubocznych upadku administracji centralnej jest zwykle zmniejszenie liczby osób zapisujących różne rzeczy. Dlatego w sporych częściach Europy wiemy o tych stuleciach mniej niż o poprzedzającym je okresie rzymskim czy późniejszym średniowieczu. Ten niedostatek źródeł pisanych skłonił niektórych późniejszych uczonych do nadania okresowi po upadku Rzymu nazwy - obecnie bardzo niemodnej - „wieki ciemne”, bo dosłownie nie mogli zobaczyć, co się wówczas działo. Tak czy inaczej, jedną z cech charakterystycznych cywilizacji jest to, że zostawiają po sobie zapisy, a kiedy upadają, trop zwykle się urywa, ponieważ każdy ma ważniejsze zmartwienia. Dlatego jedna szkoła naukowa nie dostrzega niczego zaskakującego ani podejrzanego w tym, że istnieją takie luki w źródłach pisanych.
 
Istnieje jednak inna szkoła, która ma konkurencyjne wyjaśnienie braku zapisów ze stuleci po upadku Rzymu. Oto ono:
 
Tych stuleci nigdy nie było.
 
W porządku, jasne, Rzym upadł i powstała luka przed początkiem średniowiecznej Europy z jej rycerzami i rycerskością oraz irytującymi długimi wierszami o tym, że najbardziej romantyczną rzeczą, jaką można zrobić, jest nieuprawianie seksu. Tyle że zgodnie z tą teorią rok 1000 nastąpił nie tysiąc lat po standardowo przyjętej dacie narodzin Chrystusa, ale 703 lata później. Około 300 lat europejskiej historii po prostu nigdy się nie wydarzyło.
 
Hipoteza czasu widmowego, jak wiadomo, została opublikowana w 1694 roku, wedle jej własnego kalendarza - lub, według tego powszechnie znanego, w 1991 roku. Jest dziełem Heriberta Illiga, niemieckiego pisarza i wydawcy, który przez większą część swojej kariery tworzył lub promował prace poświęcone historii rewizjonistycznej. Ale ma ona także innych zwolenników, wśród nich technologa Hansa-Ulricha Niemitza, który w 1995 roku opublikował artykuł zatytułowany Hat das dunkle Mittelalter nie existiert? [Czy wczesne średniowiecze nigdy nie istniało?] - klasyczny przykład tego, co można nazwać podejściem: „Hej, tylko pytam”.
 
Według nich dowodem na poparcie tej hipotezy jest niedostatek archeologicznych znalezisk, wiarygodnie datowanych na wspomniany okres, i ograniczenia innych metod, takich jak na przykład datowanie radiometryczne czy dendrochronologia (czyli przyglądanie się słojom drzew). Zwracają oni uwagę na dziwną lukę w historii społeczności żydowskich, które jakby znikają z zapisów we wczesnym średniowieczu, po czym pojawiają się znowu około roku 1000, oraz na to, że rozwój wszystkiego, od metod rolniczych czy wojskowych po sztukę mozaikową i doktrynę chrześcijańską, jakby zatrzymał się na kilka stuleci. Wskazują, że właśnie w tym czasie Konstantynopol przestał wznosić wielkie budowle i że wiek kaplicy katedry w Akwizgranie, wzniesionej około 800 roku i wyposażonej w różnego rodzaju pomysłowe rozwiązania, jak łuki i sklepienia, wydaje się o jakieś dwieście lat zawyżony.
 
Ponadto zauważają, że znaczna część wiedzy o tym okresie pochodzi z tego, co napisano o nim później. Oznacza to, że ktoś gdzieś mógł sfabrykować kłamstwa na temat jego istnienia. Na przykład koalicja władców - papieża Sylwestra II, cesarza Ottona III i cesarza bizantyńskiego Konstantyna V - którzy w latach poprzedzających przełom pierwszego tysiąclecia zawiązali spisek, by namieszać w kalendarzu, ponieważ uznali, że znacznie fajniej i seksowniej będzie rządzić w tysięcznym roku po Chrystusie, a nie w 703, i po prostu wymyślili szmat dziejów, łącznie z pierwszym cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Karolem Wielkim.
 
Koronny argument fanów czasu widmowego wiąże się jednak z mierzeniem samego czasu. Kalendarz juliański, wprowadzony przez Juliusza Cezara w 45 roku p.n.e. i stosowany przez mniej więcej 1600 lat, proponuje prosty cykl trzech zwykłych lat, po których następuje rok przestępny, co daje średnią długość roku 365,25 dnia. To jednak nieco więcej niż 365,24219 dnia, w którym to czasie Ziemia okrąża Słońce - co oznacza, że co 128 lat w kalendarzu juliańskim przybywa jeden dzień. Pod koniec XVI wieku powinno być już trzynaście dni. Ale kiedy astronomowie pracujący dla papieża Grzegorza XIII zajęli się reformą kalendarza, stwierdzili, że nadwyżka wynosi tylko dziesięć dni. Papieski dekret, zgodnie z którym po czwartku czwartego października 1582 roku nastąpił piątek piętnastego października 1582, wystarczył do „naprawienia" kalendarza.
 
Wiecie, co może wyjaśnić tę rozbieżność? Założenie, że od narodzin Chrystusa minęły nie 1582 lata, ale zaledwie 1285 lat.
 
Innymi słowy: że mniej więcej trzy wieki historii nigdy się nie wydarzyły.
 
Zatem na pierwszy rzut oka hipoteza czasu widmowego wydaje się pasować do tej poszlaki i do niejasnego poczucia, że to trochę dziwne, że w historii jest kilka wieków, o których w zasadzie nic nie wiemy. I czy rzeczywiście możemy być pewni, że Cezar i Jezus Chrystus żyli naprawdę 2000, a nie 1700 lat temu? W końcu znany nam dziś kalendarz nie był stosowany aż do około 800 roku, mniej więcej do czasu, kiedy powstawały łuki w Akwizgranie. Pozostają nam tylko słowa dawno zmarłych autorytetów.
 
A jeśli te autorytety się myliły? A jeśli nawet kłamały? Czy możemy być pewni? Czy możemy kiedykolwiek naprawdę wiedzieć?
 
Cóż, tak, możemy. Hipoteza czasu widmowego to bzdura. Ma odrobinę sensu tylko wtedy, gdy skupicie się wyłącznie na Europie Zachodniej, gdzie upadek Rzymu zostawił paskudną lukę w zapisach. Gdzie indziej - w Chinach dynastii Tang, w Persji Abbasydów i w pozostałej części świata islamskiego, który zaczął się rozwijać dopiero w VII wieku - historia toczyła się w szybkim tempie. To samo dotyczy Bizancjum, następcy cesarstwa wschodniorzymskiego, które trwało aż do 1453 roku, nawet jeśli nie zawsze wznosiło w Konstantynopolu tyle wspaniałych budowli, ile według dzisiejszych co bardziej cynicznych obserwatorów powinno tam być. Hipoteza ta wymaga również zignorowania dowodów astronomicznych, na przykład zaćmienia Słońca odnotowanego przez Pliniusza Starszego w 59 roku n.e. i świadczącego, że wydarzenia starożytności są dokładnie tak odległe w czasie, jak można się tego spodziewać.
 
Co zaś się tyczy przejścia z kalendarza juliańskiego na kalendarz gregoriański, to nigdy nie miało ono na celu zresetowania kalendarza do 45 roku p.n.e., czyli do czasu wprowadzenia go przez Juliusza Cezara, ale chodziło o przywrócenie go, po przyjęciu przez Kościół katolicki, do stanu, w jakim był podczas soboru nicejskiego w 325 roku. Astronomowie papieża Grzegorza XIII skorygowali kalendarz o dziesięć dni, nie o trzynaście, ponieważ próbowali poradzić sobie tylko z dwunastoma, a nic z szesnastoma stuleciami różnicy. Nie jest to problem, który wymagałby rozwiązania.
 
Stwierdzenie, że ogromna liczba ludzi podpisuje się pod tą teorią spiskową, byłoby dalekie od prawdy: niewielu youtuberów, którzy ślęczą nad zabójstwem JFK lub najnowszymi wypowiedziami Q, wydaje się zaniepokojonych, że cesarz Otton III mydlił nam wszystkim oczy. Hipoteza czasu widmowego mówi nam jednak coś o działaniu teorii spiskowych. Bierze garść „faktów" - jedne są ścisłe, ale całkowicie wytłumaczalne, inne po prostu błędne - i łączy je w pozornie przekonującą narrację. Jeśli jesteście Amerykanami lub zachodnimi Europejczykami, z mizerną znajomością historii, hipoteza może wydawać się wam prawdziwa. Jedyny problem w tym, że prawdziwa nie jest” (s. 260-264).

poniedziałek, 7 lipca 2025

A. Kozicki, Cesarz Bolesław Chrobry


Kilka osób prosiło mnie, żeby przyjrzeć się pisarstwu Andrzeja Kozickiego. Przeczytałem więc „Cesarza Bolesława Chrobrego” (2022, dalej CBC) oraz „Dwu cesarzy zachodnich” (2023, dalej DCZ). Nie będzie z tego recenzji, ale kilkoma uwagami mogę się podzielić.

Obie książki wydane zostały przez tajemniczą „Fundację na rzecz Wspierania Analiz Socjologicznych”, która nie ma nawet własnej strony internetowej, ale za to poprzez osobę prezesa powiązana jest ze stowarzyszeniami piłkarskimi. Żadna z tych publikacji nie jest recenzowana.

Ponieważ formalnie nie są to zatem książki naukowe, sądzę, że nie ma sensu recenzowanie ich jako takich, natomiast nic nie stoi na przeszkodzie opiniowaniu ich przez czytelników. I to właśnie zrobimy.

Przede wszystkim należy podkreślić, iż nie sposób nie docenić akrybii, erudycji i oczytania autora. Jego znajomość źródeł oraz opracowań może imponować. Niestety na tym dobre widomości się kończą. Może najprościej będzie wypunktować wątpliwości (potraktuję obie książki łącznie, ponieważ chronologicznie druga, czyli DCZ, jest po prostu odpowiedzią na zarzuty pod adresem tej pierwszej):

I. Nieprzekonujące są język i forma obu książek. To nie tylko nie są teksty naukowe, ale nawet trudno byłoby je pod tym względem zaliczyć do form popularnonaukowych. Kolokwialny język, jakim posługuje się Kozicki, to język bulwarówek, a tekst podzielony jest na króciutkie, często 2-3 stronicowe rozdzialiki. Autor w DCZ tłumaczy, że to po prostu „mocno odmienna gramatyka”, ale może jednak lepiej byłoby, gdyby pozostał przy tej normalnej.

II. Może to być jedną z przyczyn tego, że wywód Kozickiego jest niejasny i niespójny. Nie potrafi on poprowadzić czytelnika prostą drogą od założeń przez dowody ku wnioskom, tylko swobodnie przeskakuje to tu, to tam, dezorientując czytelnika, który przestaje rozeznawać się, o co właściwie chodzi i dokąd zmierzamy. W rezultacie – i takie chyba było, przynajmniej po części, założenie Autora – otrzymujemy opowieść, która należy nie tyle do kultury pisma, ile do kultury oralnej. Jeśli wyobrazicie sobie wuja snującego przy stole gawędę historyczną, podczas gdy reszta rodziny trochę słucha, trochę podjada, trochę plotkuje z sąsiadami, czasem się wyłącza czy wstaje i wychodzi, złapiecie odpowiedni vibe.

III. Stanowiąca oś wywodu Kozickiego teza dotycząca podjętej przez Ottona III próby wskrzeszenia Dioklecjańskiej tetrarchii (czego wynikiem była koronacja Chrobrego na cesarza podczas zjazdu gnieźnieńskiego) jest na swój sposób interesująca. I sądzę, że byłaby możliwa do obrony, gdyby podejść do tematu na poważnie. Niestety nie została przekonująco uargumentowana, a zatem i obroniona. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że baza źródłowa dla badań nad tym okresem naszej historii jest niezadowalająca, ale w takiej sytuacji historyk po prostu formułuje ostrożne hipotezy i nie twierdzi, że wie coś na pewno („nie interesują mnie fakty, ale Chrobry na sto procent był cesarzem” – do tego jeszcze powrócimy). Nadzwyczajne twierdzenia wymagają nadzwyczajnych dowodów, po prostu. Tak działa nauka. Jeśli nadzwyczajnym twierdzeniom nie towarzyszą takie dowody, mamy do czynienia z szarlatanerią. Warto o tym pamiętać. Nb. tego właśnie dotyczą zarzuty J. Banaszkiewicza, P. Żmudzkiego i S. Suchodolskiego pod adresem Kozickiego i które ten uznaje za najbardziej godne rozważenia i odpowiedzi – brak jego wywodom podstawy źródłowej. Nie sposób się w tym nie zgodzić.

IV. Nawet jeśli przyjęlibyśmy konstrukcję proponowaną przez Kozickiego, w której jednym z filarów jest Panegiryk Mamertyński z 289 r., to należałoby zadać pytanie, czy nastolatek, nawet jeśli był Ottonem III, byłby w stanie opracować tak skomplikowaną koncepcję. Czy faktycznie był tak wyrobionym politycznie i oczytanym wizjonerem, by opracować taki plan? Czy może stał za tym ktoś jeszcze? I jeśli tak, to kto? Bo nawet jeśli przyjmiemy założenie, że Autor ma rację, to najwyżej poskrobał rzecz po wierzchu, nie próbując dotrzeć do jej jądra. Pytań kluczowych w kolejnym kroku nie zadał.

V. Wywód Kozickiego jest nie tylko niespójny i nieprzekonujący, ale momentami zwyczajnie dziurawy. Kolejny przykład: Sasi buntowali się przeciwko Ottonowi, ponieważ nie chcieli mieć nad sobą króla. Ten był w końcu tak tymi buntami zmęczony, że pewnego dnia im zapowiedział, że od dziś nie rządzi już nimi jako król, tylko jako cesarz. No a cesarz, ho ho, wiadomo, to nie w kij dmuchał. Bunty ustały jak ręką odjął, można się rozejść. Genialne w swojej prostocie. No tak było, uwierzcie Panu Andrzejowi na słowo.

VI. Jeszcze mniej przekonujące jest wyrażone całkowicie serio twierdzenie, że całe pokolenia mediewistów głowiły się nad tym, co miał na myśli Thietmar i nie mogły tego pojąć, ale teraz przyszedł politolog Andrzej Kozicki i wszystko pięknie i prosto im wyjaśnił. Pech, że ci niemądrzy profesorowie, ze Żmudzkim, Banaszkiewiczem i Suchodolskim na czele, nadal nie potrafią zrozumieć i zgłaszają jakieś wątpliwości.

VII. Autor niespecjalnie ukrywa swoją niechęć do historyków akademickich (szczególnie znienawidzony jest Andrzej Sikorski), a dwie ostatnie strony CBC to już zupełnie wprost wylewanie żalów pod ich adresem oraz prezentacja własnych kompleksów. Wszystko to jest zupełnie niepotrzebne.

IX. CBC kończy się „Notą metodologiczną”, z której dowiadujemy się, w jakich seminariach i na jakich uczelniach Autor uczestniczył, a dalej czegóż to nie czytał – i Derridę, i Kuhna, i Isaiah Berlina… Ciekawsze jednak wydają mi się deklaracje metodologiczne, które znalazły się w DCZ: „Tak naprawdę, to wisi mi i powiewa czy fakty istnieją, czy nie. Jestem politologiem, a nie historykiem. W wojnie semantycznej o fakty udziału brać nie muszę (…) Moja teza nie opiera się na faktach, bo nie są one mi potrzebne, ale opiera się na istnieniu Zaginionego żywotu świętego Wojciecha jako nośniku spisanej przez Galla ideologii” (interpunkcja i pisownia oryginalne; s. 19-20). 

Pewnie tylko dlatego, że nie znam się na Derridzie wydaje mi się, że już choćby istnienie bądź nieistnienie źródła, na którym badacz opiera swoje hipotezy, jest faktem. Poza tym może szkoda, że Kozicki podczas swoich intensywnych lektur nie odkrył Durkheima, który wskazał na istnienie faktów społecznych, do których zalicza się także ideologie. A te nie muszą opierać się na faktach w znaczeniu prawdy materialnej. Stanowcze désintéressement wobec jakichkolwiek faktów sprawia, że teoria Kozickiego staje się jeszcze bardziej nonsensowna niż wydawało mi się po zakończeniu lektury CBC. Bo o ile nie tylko rozumiem, ale też z całym przekonaniem podzielam pogląd, że w źródłach powinniśmy szukać nie tylko (a w niektórych przypadkach: nie tyle) rzeczowych informacji odnoszących się do konkretnych wydarzeń dziejących się w rzeczywistości (prawdy materialnej, np. czynności prawnych), lecz także (a w niektórych przypadkach: przede wszystkim) interpretować je i odtwarzać na tej podstawie rzeczywistość kulturową, ideologiczną czy polityczną, jak w tym wypadku, to jednak deklarowana pogarda dla jakichkolwiek faktów W OGÓLE, czyli także wspomnianych faktów społecznych, jest absurdem. Absolutną wisienką na torcie jest wygibas, w którym politolog poucza mediewistów, że kompletnie nie mają pojęcia, co robią. I że mają złą gramatykę.

X. Niepotrzebny jest także flirt z turbolechityzmem. To niestety jeszcze bardziej obniża wiarygodność Autora i osłabia jego argumentację. Można pisać o ideach Ottońskich bez zawoalowanych prób wskrzeszania Imperium Lechickiego. W narracji Kozickiego Chrobry był najpotężniejszym europejskim graczem, rozdającym karty na obszarze od Bugu po Ren i od Bałtyku po Adriatyk. Jako posiadacz relikwii włóczni św. Maurycego oraz złotego tronu Karola Wielkiego, który dał mu Otton III, Chrobry miał też moc tworzenia cesarzy (niestety z książki trudno się dowiedzieć, czy z tej mocy skorzystał). Szkoda tylko, że Autor nie wyjaśnił, jak doszło do tego, że w ciągu zaledwie kilku lat po śmierci Chrobrego cała ta potęga zawaliła się i jakby przeszła w ręce niemieckiego augusta Konrada II, podczas gdy „Mieszko II padł plackiem, nogawki ściskał i łasił się jak pies, gdy na myśl o kości ogonem merda”. Sama zmiana na gnieźnieńskim tronie nie może być wyjaśnieniem tak diametralnej odmiany układu sił. 

Warto jeszcze wrócić do owego złotego tronu, który pojawia się gdzieś w pierwszej połowie książki jako koronny dowód… właściwie nie do końca wiadomo na co, ale najpewniej na tę godność cesarką Chrobrego. I już więcej w tekście nie wraca. Chrobry go sobie zabrał, ale co z nim zrobił, dokąd zawiózł, jak wykorzystywał (przede wszystkim w zakresie ideologii politycznej i legitymizacji władzy), co się z nim wreszcie stało – tym wszystkim Kozicki już sobie głowy nie zawraca. Przecież fakty go nie interesują, więc who cares, czy to założenie (podarunek złotego tronu) w ogóle ma jakikolwiek sens. Tymczasem, jak pisał Artur Wójcik w „Fantazmacie Wielkiej Lechii”: „Gdyby Chrobry otrzymał złoty tron Karola Wielkiego, takie wydarzenie nie umknęłoby naszej tradycji dziejopisarskiej, stając się potężnym czynnikiem politycznym i ideologicznym w kreowaniu władzy królewskiej w Polsce”. 

Jak na to odpowiada Kozicki? Ano bardzo prosto: wszystkie dokumenty potwierdzające ten – excusez le mot – fakt zostały „zniknięte” przez wrogów (CBC, s. 124)! Nie został ani karteluszek! Szast prast i mamy wszystko elegancko wytłumaczone. Spisek! Konstrukcja tak logiczna, że mucha nie siada. Ostatecznie zresztą okazuje się, że ten tron to tak naprawdę jest taki nieistotny fakt, który choć jest niezwykle ważnym argumentem w konstrukcji Kozickiego, to jednak jako fakt nie ma znaczenia. Wiecie, taki tron Schrödingera, który równocześnie istnieje i nieistnieje, w zależności od tego, jak Kozickiemu jest wygodniej.

No i wreszcie, co z tym tytułem cesarskim Chrobrego w kontekście owej deklaracji Autora, chciałoby się zapytać? Była faktem czy nie była? Jeśli była, a Kozickiemu fakty wiszą i powiewają, to po co napisał o niej całą książkę (a nawet dwie)? Sens to pisanie miałoby tylko wówczas, gdyby faktu koronacji nie było. Tylko po co i o czym wówczas pisać? Czy ktoś mi to potrafi rozrysować?

Wójcik zresztą, którego książka ukazała się w 2019 r., jest bardzo krytyczny w stosunku do koncepcji godności cesarskiej dla Chrobrego: „Dorobek naukowy dotyczący analizy, omówienia i charakterystyki zjazdu gnieźnieńskiego jest niezwykle bogaty. Nie zmienia to jednak faktu, że zwolennicy fantazmatu lechickiego bezrefleksyjnie forsują tezę o koronacji cesarskiej Bolesława Chrobrego w czasie tego wydarzenia” (s. 145). Na ile koncepcja Kozickiego jest sensowniejsza od tego, co pisze Bieszk, niech każdy rozstrzygnie sam.

Andrzej Kozicki jest najzupełniej przekonany o własnej wielkości. Taki z niego stupor mundi, że pierwszą książkę napisał „w mocno odmiennej gramatyce” (ciekawy eufemizm) tylko po to, „żeby zbadać wytrzymałość siatek poznawczych historyków. Nie wynika więc to z tego, że nie umiałbym tak pisać jak historycy: używać ich slangu, krążyć w ich założeniach metodologicznych, stosować się do ich paradygmatu (…) Umiem to, owszem, ale uważałem to za łatwiznę i uciekanie od problemów, które tkwią w źródłach pisanych z epoki”. Stosowanie specjalistycznej terminologii oraz metodologii, wypracowanej dla danej dziedziny celem rozwiązywania specyficznych problemów, jest uciekaniem od problemów tej dziedziny. Seems legit. 

Ja przekonania o wspaniałości Kozickiego nie podzielam, dlatego odnośnie do lektur, zamiast CBC polecałbym jednak bardziej tradycyjnie Łowmiańskiego, Labudę, Gieysztora, Kürbisówną, Strzelczyka, Banaszkiewicza, Michałowskiego, Gawlasa, Paca itd., którzy nie testują wytrzymałości naszych siatek poznawczych stosując wydumaną gramatykę, tylko zwyczajnie chcą nam coś powiedzieć o przeszłości.

PS. Panie Andrzeju, proszę pamiętać o notarialnym zabezpieczaniu screenów :)