piątek, 2 lutego 2018

Kim był Michał Pakos?



Zamek Žrnov
Przed dwoma tygodniami komentowałem jeden z fragmentów "Pamiętników" Ludwika Tuberona, w którym mowa była o tajemniczej rzece Horion. Dziś kilka słów poświęcę osobie Michała Pakosa.


W maju 1515 r. wojewoda Jan Zapolya, na czele oddziału liczącego około pięciu tysięcy konnych i pieszych, ruszył przeciwko znajdującemu się w rękach Osmanów zamkowi Žrnov (Avala). Wyprawa zakończyła się całkowitą klęską, a przy okazji Węgrzy utracili całą artylerię zabraną z garnizonu belgradzkiego, co kilka lat później walnie przyczyniło się do upadku tej twierdzy. Nie tego jednak dotyczyć ma dzisiejszy wpis.


Otóż na odsiecz Avali ruszył sandżakbej Smedereva Bali-beg Jahjapiašić. Ponieważ bejowi nie zależało na walce z Węgrami, a jedynie na zniechęceniu ich do oblegania twierdzy, uciekł się do podstępu udając, że dysponuje wielokrotnie większymi siłami, niż w rzeczywistości. Gdy przerażeni Węgrzy rzucili się do ucieczki, bezładny odwrót powstrzymać miał według Tuberona jeden człowiek – nadzwyczaj śmiały i odważny mąż Michał Pakos. Jak komentował kronikarz, nie było możliwe, by zapobiec hańbie klęski, dzięki Michałowi jednak udało się ją odroczyć. Szlachcicowi temu udało się nakłonić Węgrów, by "pozostali na miejscu i nie bali się nieprzyjaciela, o którym nie mają żadnych pewnych wieści", ponadto umocnił on "obóz strażami i rozkazał wojsku, aby było gotowe do boju, dodając, że słowom dezerterów w ogóle nie należy lekkomyślnie wierzyć".


Osmański fortel nie powiódł się, musiało więc przyjść do walki. Turcy zdobyli węgierskie działa ostrzeliwujące mury Avali. I w tym momencie po raz drugi na kartach "Pamiętników" pojawił się Michał Pakos. Gdy nastał świt, "z trudem znosząc tak wielką hańbę swojego narodu", ruszył ze swymi ludźmi, by odebrać Turkom zagarnięte przez nich spiżowe armaty. Zamierzał przeciągnąć je do głównego obozu, by nie pozwolić na to, ażeby zagarnął je nieprzyjaciel. Po niewielkiej potyczce udało mu się wyprzeć Osmanów z zajętej pozycji i rozpoczęto załadunek dział na wozy. Wówczas to dzielny Michał Pakos zginął trafiony kamienną kulą wystrzeloną z twierdzy. Widząc, w jak nieszczęśliwy i godny pożałowania sposób poniósł śmierć nieustraszony oficer, zarówno dowodzony przez niego oddział, jak i cała reszta wojska węgierskiego, pozostawiwszy działa, rzuciły się do ucieczki, "chociaż nikt z nieprzyjaciół ich nie ścigał. Turcy bowiem, jako że nie byli nastawieni do walki, niczego bardziej nie chcieli od tego, by Węgrzy przerwali oblężenie Avali i odeszli bez walki".


Co do osoby Michała Pakosa to wydawcy źródła piszą jedynie, iż jest to postać bliżej nieznana. Wypada zatem rzucić na nią nieco światła, tym bardziej, iż jego rola w węgierskim społeczeństwie szlacheckim niewątpliwie była znaczna. W przeciwnym wypadku bowiem nie udałoby mu się nakłonić samym swoim autorytetem ziomków do utrzymania pozycji pod Avalą. Jego nazwisko możemy odnaleźć w źródłach historycznych. Dowiadujemy się z nich m.in., iż szlachcic Michael de Pakos, nie piastujący żadnego urzędu ani nie noszący żadnej godności, znajdował się na liście świadków sejmowego dokumentu dotyczącego elekcji węgierskiego króla po ewentualnej bezpotomnej śmierci Władysława Jagiellończyka, odczytanego po węgiersku i przyjętego przez węgierską szlachtę 13 października 1505 r. [Tudománytár, közre bocsátja a Magyar tudós társaság, t. 6, wyd. J. Luczenbacher, P. Almási Balogh, Buda 1839, s. 63; Torontál Vármegye hajdana, wyd. B. Ágoston, Buda 1845, s. 66. Uchwała ta wykluczała możliwość objęcia tronu węgierskiego przez cudzoziemca, w zamyśle i istocie znosząc wszelkie roszczenia Habsburgów w tym zakresie. Zob. K. Baczkowski, Przesilenie polityczne na Węgrzech w latach 1505-1507 na tle stosunków habsbursko-jagiellońskich, „Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prace Historyczne”, 91 (1988), s. 7-31]. 


Tenże Mihály Paksi (de Pakos), wraz ze znanym dyplomatą węgierskim Barnabasem Bélai, w latach 1508-1513 piastował godność bana Szörényi, ważnej terytorialnie, militarnie i administracyjnie jednostki terytorialnej Królestwa Węgier, odgrywającej szczególnie istotną rolę w obronie kraju przez Osmanami [A. Magina, At the Border of Transylvania: the County of Severin/ the District of Caransebeş in the 16th-17th Centuries, “Transylvanian Review” 22 (2013), supplement nr 4, s. 295-306]. Nie można zatem powiedzieć, iż Michał Pakos był osobą anonimową i nieznaną.

wtorek, 23 stycznia 2018

Bibliografia katalogów inkunabułów i starych druków


Bibliografia katalogów inkunabułów i starych druków znajdujących się w zbiorach polskich oraz opracowań monograficznych poświęconych księgozbiorom historycznym. Zestawienie nie obejmuje dziejów drukarstwa oraz katalogów poloników za granicą.

  1. 50 inkunabułów w Bibliotece imienia Zielińskich Towarzystwa Naukowego Płockiego, opr. H. Kostanecka, Płock 1985
  2. Ameisenowa Z., Rękopisy i pierwodruki iluminowane Biblioteki Jagiellońskiej, Wrocław 1958 
  3. Antosiewicz K., Katalog inkunabułów Biblioteki Kapituły Metropolitalnej w Krakowie [w:] „Analecta Cracoviensia”, T. 12, Kraków 1980
  4. Barwiński E., Katalog inkunabułów Biblioteki Uniwersyteckiej we Lwowie, Lwów 1912
  5. Bazielich W., Resztki biblioteki parafialnej w Starym Sączu, „Roczniki Biblioteczne” 6 (1962), z. 3/4, s. 147-170
  6. Benis, Materiały do historii drukarstwa i księgarstwa w Polsce. I. Inwentarze księgarń krakowskich Macieja Scharffenberga i Floriana Unglera (1547-1551). II. Inwentarze bibliotek prywatnych (1546-1553) [w:] „Archiwum do Dziejów Literatury i Oświaty w Polsce” t. 7, Kraków 1892, s. 1-71; 202-240
  7. Berger-Mayerowa J., Nie znane Estreicherowi „Polonica” i „Silesiaca” w starodrukach Biblioteki Śląskiej, Seria 1-2, Katowice 1961-1968
  8. Biblioteka Główna Akademii Medycznej im. K. Marcinkowskiego w Poznaniu. Informator. Katalog starych druków, Poznań 1990
  9. Biblioteka klasztoru benedyktynów na Świętym Krzyżu : katalog wystawy, oprac. katalogu Bożena Piasecka ; autorzy wstępu: Andrzej Dąbrowski, Maria Cubrzyńska-Leonarczyk, Bożena Piasecka, Kielce 2006
  10. Biblioteka Sapiehów z Krasiczyna w Zamku Królewskim na Wawelu, t. 1: Katalog starych druków. Polonica z wieków XVI-XVIII, red. S. Siess-Krzyszkowski, K. Stompór-Lesiecka, A. Baran, Kraków 2013

sobota, 20 stycznia 2018

Czy w pobliżu Kairu płynęła rzeka Horion?



Latem ubiegłego roku wydawnictwo Historia Iagellonica opublikowało polski przekład „Pamiętników o czasach moich” Ludwika Tuberona de Crieva w przekładzie Piotra Wróbla i Jana Bonarka. Znaczna część tego interesującego tekstu poświęcona została dziejom Imperium Osmańskiego. Pewne ich fragmenty wymagają jednak komentarza. Oto jeden z nich.

W 1517 r. Imperium podporządkowało sobie Syrię i Egipt. Według Tuberona Turcy zbliżając się do Kairu przekroczyli pustynię i rozłożyli się obozem nad „rzeką Horion” („ad Horionem amnem”). 

Wydawcy tekstu ograniczyli swój komentarz do uwagi, iż trudno ustalić z całą pewnością, jakie miejsce kronikarz miał na myśli. Gdy spojrzymy na mapę uświadomimy sobie, że w istocie nie mogła to być żadna rzeka ani też odnoga Nilu. Kair leży na prawym jego brzegu i wojska maszerujące z północnego wschodu, z Syrii, nie musiały przekraczać żadnej rzeki, by dotrzeć do tego miasta. Cóż zatem mógł mieć na myśli kronikarz? Najprawdopodobniejsze wydaje się, iż wzmiankę tę należy odnosić do pozostałości kanału Trajana, przebiegającego niegdyś na południe od Kairu, przez antyczną rzymską twierdzę Babilon. 

Według Tuberona, po przekroczeniu „Horionu” wojska tureckie miały znaleźć się na południe od Starego Kairu, co faktycznie odpowiada położeniu tego kanału. Χωριον w języku greckim oznacza po prostu wieś. Być może więc Turcy rozłożyli obóz w jakiejś osadzie leżącej nad pozostałościami wspomnianego kanału, zniszczonego w VIII w., a następnie przeszli na jego drugą stronę.

Możemy zakładać, że informacje Tuberona w tej kwestii były niedokładne. Relacje współczesne dotyczące wydarzeń rozgrywających się na Bliskim Wschodzie i w Afryce północnej poznawał poprzez łańcuch pośredników. Chętnie czerpał przy tym ze źródeł starożytnych czy też późniejszych dzieł historiograficznych (tutaj obejmujących konkretnie dzieje Egiptu w czasach cesarza Trajana), śmiało posługując się antycznymi nazwami geograficznymi. Z tej kombinacji nieprecyzyjnych współczesnych przekazów pośrednich oraz opisów pochodzących sprzed kilkunastu wieków narodzić się mogła owa nieistniejąca w rzeczywistości „rzeka Horion”.

Po przekroczeniu „Horionu” Turcy znaleźli się na pozycjach na południe od Starego Kairu, „na ziemi babilopolitańskiej, niedaleko od stolicy Czerkiesów” (Czerkiesami nazywał Tuberon mameluków rządzących Egiptem do osmańskiego podboju), i tutaj założyli nowy obóz. 

Ziemia babilopolitańska to obszar na południe od Starego Kairu. Jego nazwa pochodziła od starożytnej rzymskiej twierdzy Babilon (arabska nazwa: Kar asz-Szam), powstałej w czasie okupacji perskiej i odbudowanej również w czasach Trajana. Obecnie stanowi koptyjską część Kairu. Przecinał ją kanał, który najprawdopodobniej Tuberon błędnie nazwał „rzeką Horion”.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Stosunki księcia litewskiego Witolda z Zakonem krzyżackim

"Stosunki księcia litewskiego Witolda z Zakonem krzyżackim w Prusach w czasie walki o litewskie dziedzictwo: 1382-1401".

Praca nad polskim przekładem zakończona. To prawda, że książka ta powstała przed niemal stu laty i samo uzupełnianie jej o nowsze wyniki badań wymagałoby napisania przynajmniej drugiego tomu o podobnej objętości, niemniej rzecz jest naprawdę ciekawa i prezentuje punkt widzenia, który może zainteresować polskiego czytelnika. Jej zaletą jest także syntetyczne ujęcie problematyki.

"Fürst Witold von Litauen" to rozprawa doktorska berlińskiego bibliotekarza, Karla Heinla. Publikacji pikanterii dodawać może fakt, że autor był ideowo zaangażowanym członkiem NSDAP i wysokim funkcjonariuszem nazistowskim. Zajmował się nazifikacją instytucji kultury. W czerwcu 1933 r. przedłożył Ministerstwu Propagandy i Oświecenia Publicznego długi memoriał, w którym prezentował biblioteki jako idealny środek do przebudowy sposobu myślenia całego narodu niemieckiego w duchu narodowosocjalistycznym. Memoriał ten nosił tytuł "Memorandum w sprawie budowy niemieckiego systemu bibliotek publicznych w ramach przebudowy całego niemieckiego życia kulturalnego i narodowego, obejmującego narodowy program edukacyjny rządu Rzeszy".

poniedziałek, 3 lipca 2017

E. Vulliamy, Wojna umarła, niech żyje wojna


Książka Eda Vulliamy’ego, wbrew temu, co może sugerować jej tytuł, nie jest opowieścią o wojnie. To opowieść o bezradności i bezczynności rządów i organizacji międzynarodowych oraz opinii publicznej wobec zbrodni wojennych, o zaniedbaniach, a czasem wręcz o celowych zaniechaniach w zakresie pociągania zbrodniarzy do odpowiedzialności. To opowieść o niezabliźnionych ranach, o niewyrównanych rachunkach krzywd, o niesprawiedliwości i kłamstwie, które nie pozwala przebaczać. Niestety znów (a raczej wciąż) aktualna. Bo to, o czym pisze ten znakomity brytyjski dziennikarz, jest bardzo uniwersalne. Jak antyczną tragedię, jego książkę można odczytywać wciąż na nowo w różnych kontekstach i podkładając pod nią różne daty i miejsca – Auschwitz, Kielce, Bośnia, Rwanda, Syria… Ten dramat jest odgrywany wciąż na nowo. Zmieniają się miejsca i czasy, lecz to, co pozostaje niezmienne, to obojętność i bezczynność rządów i międzynarodowej opinii publicznej. Zawsze ona zawodziła (przypomnijmy sobie choćby beznadziejną misję „Kuriera z Warszawy”), zawodzi dziś (zupełnym kuriozum jest wygłoszone niedawno stwierdzenie, że ofiarom wojny trzeba pomagać „na miejscu”; więźniom obozów koncentracyjnych zapewne również?) i najpewniej zawodzić też będzie w przyszłości. Nasz grzech zaniechania jest tym cięższy, im doskonalszymi środkami komunikacji masowej dysponujemy. Dziś nie da się już własnej abnegacji zrzucić na niewiedzę. Wiemy o wszystkim, tyle, że nas to po prostu nie obchodzi.

Memento dla naszej cywilizacji stanowią cytowane przez Autora słowa ocalałego z Holocaustu Thomasa Buergenthala: „Zawsze, gdy słyszę te piosenki, mam przed oczyma śpiewających je ludzi w getcie. Ich przekaz jest dobrze znany ofiarom z Bośni i Rwandy oraz miejsc, których nazw już nie pamiętamy. Nazwy się zmieniają, ale nie zmienia się ludzkie cierpienie ani obojętność społeczności międzynarodowej. Nim w końcu podejmiemy jakieś działania, jeśli w ogóle je podejmujemy, giną tysiące niewinnych ludzkich istnień. (…) Jak wytłumaczymy dzieciom i wnukom, że w naszym świecie potrafimy szybko zorganizować czterdzieści miliardów dolarów, by ratować gospodarkę tego czy innego dalekiego kraju, bo jej upadek może źle wpłynąć na notowania na giełdzie, ale guzdrzemy się niemiłosiernie, gdy trzeba ratować ludzi przed śmiercią i cierpieniem zadawanymi przez bezlitosny reżim?”.

Ed Vulliamy pokazuje, że historia odgrywana jest wciąż na nowo wcale nie jako farsa. Chyba że za farsę uznamy fakt, iż kolejne tragedie nie uczą niczego nas jako ludzkości. Skazani jesteśmy na powtarzanie tych samych błędów i przeżywanie wciąż od nowa tych samych tragedii. To nieustannie dzieje się na naszych oczach i trudno nie ulec lękowi, że wydarzy się znów, tym razem u nas.

Kielce w 1946, Omarska w 1992, setki innych miejsc, „których nazw już nie pamiętamy” lub też nigdy ich nie poznaliśmy – tu i tam ci, którzy przeżyli, stawiają sobie pytanie: jak to możliwe, że sąsiedzi, znajomi, przyjaciele, koledzy ze szkoły czy z pracy w imię ideologii mogą zamienić się w dzikie bestie i okrutnie mordować tych, obok których żyli i mieszkali przez dziesięciolecia tylko dlatego, że ci wyznawali inną wiarę? Jak mają żyć ci, którzy z pogromów ocaleli? Czy jest możliwe wybaczenie i pojednanie?

O tej książce nie trzeba wiele pisać. Ona mówi sama za siebie. To jedno z najważniejszych dzieł początku naszego stulecia.

Ed Vulliamy, Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

niedziela, 18 czerwca 2017

Polityka historyczna


„Rosyjski nacjonalizm państwowy zawsze marzył o partenogenezie. Zawsze poszukiwał mitu odrębnego pochodzenia, w którym to micie rodziłby się geniusz narodu rosyjskiego, tak jak z nasienia rozwija się łodyga, liście i owoce. Interpretacja „warangiańska”, podkreślająca historyczny fakt, że pierwsze rosyjsko-słowiańskie państwo zostało założone w okolicach Kijowa nad Dniestrem przez Wikingów, nie miała łatwego życia za ostatnich carów oraz stalinowskiej policji intelektualnej. Wersja „bizantyńska”, interpretująca wczesną kulturę i instytucje rosyjskie jako sprowadzone z Konstantynopola wraz z prawosławnym chrześcijaństwem, również nie cieszyła się uznaniem wśród biurokratów, którzy tworzą „patriotyczne” lub „postępowe” programy nauczania i decydują, którego uczonego należy zdymisjonować za podejrzane poglądy.

Za Stalina mit partenogenezy (bądź „autochtonii”) sięgnął wyżyn absurdu. Z archeologii radzieckiej usunięto samo pojęcie migracji. Zmiany kulturowe – zadekretowali partyjni biurokraci od archeologii – były pochodną rozwoju w obrębie trwałych zbiorowości, nie zaś przybycia nowej ludności ze wschodu lub zachodu. Wyrażenie „wędrówka ludów” (Völkerwanderungen) , określające ruchy ludnościowe po upadku Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego, zostało zakazane. Uznano na przykład, że Goci krymscy nie byli germańskimi najeźdźcami, lecz „wyłonili się autochtonicznie i etapami z wcześniejszych plemion”. Chazarowie przestali być tureckimi koczownikami ze wschodu, przeradzając się w lud z dawien dawna zamieszkujący kraj doński i północny Kaukaz: „owoc autochtonicznej etnogenii [sic!] zrodzony z małżeństw mieszanych pomiędzy miejscowymi plemionami”. Tatarów odkryto na nowo jako rdzenny lud nadwołżański. Co groźniejsze, skandynawskich Warangów, którzy stworzyli pierwsze państwo ruskie wokół Kijowa, przerobiono na Słowian.

Od początku lat trzydziestych do końca lat pięćdziesiątych urzędnicy partyjni zawiadujący radziecką archeologią zaprojektowali i zbudowali strzelisty gmach szowinistycznego imbecylizmu. Chodzi o tezę, że cały obszar współczesnej Rosji, Ukrainy, Europy Wschodniej, a nawet Środkowej był zamieszkany przez ludność prasłowiańską od połowy epoki żelaza, czyli od około 900 roku p.n.e. Stalin wystrzelił z rewolweru w powietrze i cała przeszłość czarnomorskich stepów, złożona z nieustannych migracji i mieszania się plemion, zastygła w miejscu z przerażenia i zamieniła się w historię statycznego rozwoju społecznego.

Strzały nie były wyłącznie metaforyczne. Michaił Miller, archeolog rosyjski, który po drugiej wojnie światowej schronił się na Zachodzie, w swojej książce Archeology in the USSR opisał los, jaki spotkał jego kolegów, kiedy w latach 193-1934 wytyczano nową linię. Jakieś 85 procent członków tego zawodu padło ofiarą czystki. Większość z nich wywieziono do syberyjskich lub środkowoazjatyckich obozów pracy lub skazano na wygnanie. Niektórych rozstrzelano lub popełnili samobójstwo, gdy NKWD przyszło ich aresztować. Większość – łącznie z wybitnie uzdolnionym bratem Millera, Aleksandrem – przepadła w gułagu.

Dopiero wiele lat po śmierci Stalina przeszłość południowego stepu odważyła się znowu poruszyć, zrazu bardzo ostrożnie. A.L. Mongait był partyjnym lojalistą, któremu zlecono napisanie przeznaczonej dla zachodniego czytelnika książki  częściowo naprawiającej szkody wyrządzone przez Millera. Opublikowana w wersji angielskiej w 1961 roku, również pod tytułem Archeology in the USSR, niesmiało podnosiła „problem scytyjski”, jak to nazwał autor, czyli niezaprzeczalny fakt, że Scytowie przybyli na step nad Dnieprem i Donem z innych obszarów. Pozwolił Scytom migrować – ale tylko trochę. „Parli na zachód znad dolnej Wołgi”, gdzie, twierdził Mongait, przyszli na świat w którymś okresie epoki brązu. Prawda znana nauce od niemal pięćdziesięciu lat – że Scytowie byli związkiem plemion mówiących językiem indoirańskim i przybyłych z Azji Środkowej – była dla niego nie do strawienia”.

N. Ascherson, Morze Czarne, Poznań 2002, s. 55-56